Index > Library > Novels > 1984 > Polish > Część II

GEORGE ORWELL

„Rok 1984”

CZĘŚĆ II

1

Był późny ranek, kiedy Winston wyszedł ze swojego boksu, żeby udać się do toalety. Z drugiego końca długiego, rzęsiście oświetlonego korytarza nadchodziła jakaś samotna postać; była to ciemnowłosa dziewczyna, na którą natknął się cztery dni wcześniej przed sklepikiem ze starociami. Z bliska zauważył, że jej prawe ramię podtrzymuje temblak. Był tego samego koloru, co kombinezon, dlatego wcześniej go nie dostrzegł. Pewnie wybiła sobie rękę, obsługując któryś z ogromnych kalejdoskopów „szkicujących” fabuły nowych powieści. W Departamencie Fikcji często zdarzały się podobne wypadki.

Znajdowali się w odległości może czterech metrów od siebie, kiedy dziewczyna potknęła się i upadła niemal płasko na ziemię. Wyrwał się jej głośny okrzyk bólu; widocznie przygniotła sobie uszkodzoną rękę. Winston przystanął. Dziewczyna podniosła się na kolana. Jej twarz przybrała mlecznożółtą barwę, od której jeszcze wyraźniej niż zwykle odcinała się czerwień ust. Jej wzrok, utkwiony w Winstonie, wyrażał raczej strach niż fizyczne cierpienie.

Winstona ogarnęło dziwne uczucie. Oto miał przed sobą śmiertelnie niebezpiecznego wroga, ale była to także istota ludzka odczuwająca ból. Możliwe, że miała złamaną rękę. Instynktownie zbliżył się do niej, żeby pomóc. Widząc, jak upada na uszkodzone ramię, miał wrażenie, że czuje jej ból we własnym ciele.

— Mocno się potłukłaś? — spytał.

— To nic takiego. Tylko ta ręka. Zaraz przejdzie.

Nadal była roztrzęsiona. Zrobiła się naprawdę bardzo blada.

— Nic nie złamałaś?

— Nie, wszystko w porządku. Zabolało przez chwilę, to wszystko.

Wyciągnęła ku niemu zdrowe ramię, pomógł jej wstać. Częściowo odzyskała rumieńce, wyglądała już o wiele lepiej.

— To nic takiego — powtórzyła krótko. — Tylko się uderzyłam. Dzięki, towarzyszu!

Po czym odmaszerowała tak energicznie, jakby faktycznie nic się nie stało. Całe zajście nie mogło trwać dłużej niż pół minuty. Kontrolowanie wyrazu twarzy, aby nie zdradzał emocji, było nawykiem, który przeszedł już w odruch; w dodatku scena rozgrywała się na wprost teleekranu, a mimo to Winston z trudem powstrzymał wyraz zdumienia, bo w ciągu tych dwóch czy trzech sekund, kiedy pomagał dziewczynie wstać, wetknęła mu coś do ręki. Nie miał wątpliwości, że zrobiła to celowo. Było to coś małego i płaskiego. Wchodząc do toalety, włożył przedmiot do kieszeni i obadał opuszkami palców. Rozpoznał złożony w kostkę skrawek papieru.

Stojąc nad pisuarem, zdołał samymi ruchami palców rozwinąć karteczkę. Coś tam było z pewnością napisane. Kusiło go, żeby wejść do kabiny i od razu przeczytać. Zdawał sobie jednak sprawę, że byłaby to piramidalna głupota. Gdzie jak gdzie, ale w toalecie z pewnością cały czas obserwowano obraz z teleekranu.

Wrócił do boksu, usiadł, rzucił skrawek między inne papiery, jak gdyby nigdy nic; założył okulary i przyciągnął głosopis. „Pięć minut”, powiedział sobie. „Przynajmniej pięć minut!”. Serce Winstona biło jak oszalałe. Na szczęście praca, którą akurat wykonywał, polegająca na poprawianiu długiej serii liczb, była czysto rutynowa i nie wymagała skupienia.

Był przekonany, że wiadomość zapisana na karteluszku ma znaczenie polityczne. Brał pod uwagę dwie możliwości. Bardziej prawdopodobna to ta, że dziewczyna jest agentką myślopolicji, tak jak się wcześniej obawiał. Nie miał pojęcia, dlaczego myślopolicja zdecydowała się przekazać mu wiadomość akurat w ten sposób, zapewne jednak mieli swoje powody. List mógł zawierać groźbę, wezwanie, nakaz samobójstwa lub też stanowić jakiś rodzaj pułapki. Istniała jednak druga, bardziej szalona opcja, narzucająca się uporczywie, choć próbował ją od siebie odsuwać. Co, jeśli wiadomość wcale nie pochodzi od myślopolicji, tylko od jakiejś organizacji podziemnej? Może Bractwo istnieje? Może dziewczyna do niego należy? Była to bez wątpienia absurdalna myśl, przyszła mu jednak do głowy, kiedy tylko poczuł w dłoni skrawek papieru. Dopiero parę minut później wpadł na inne, bardziej prawdopodobne wytłumaczenie. I nawet teraz, choć rozum przekonywał, że wiadomość zapewne oznacza śmierć, nadal do końca w to nie wierzył. Pobudzone irracjonalną nadzieją serce biło mu tak mocno, że z trudem powstrzymywał drżenie głosu, dyktując liczby do urządzenia.

Zwinął papiery ze skończoną pracą i wsunął je do tuby pneumatycznej. Minęło osiem minut. Poprawił okulary na nosie, westchnął i przysunął sobie kolejną porcję roboty — skrawek papieru leżał na samej górze. Wygładził go. Dużym, nieporadnym pismem napisano na nim słowa:

„Kocham cię”.

Przez parę sekund był tak zszokowany, że nawet nie wrzucił kompromitującego świstka do szczeliny pamięci. Zanim to zrobił, przeczytał tekst jeszcze raz, choć dobrze wiedział, że okazując zbyt wielkie zainteresowanie, narażał się na niebezpieczeństwo. Chciał po prostu upewnić się, że te słowa naprawdę tam są.

Przez resztę poranka trudno mu było pracować. Gorsze od konieczności skupienia się na paru szczegółowych zadaniach było to, że musiał ukrywać emocje przed teleekranem. Miał wrażenie, że od środka trawi go ogień. Obiad w gorącej, zatłoczonej i hałaśliwej stołówce był prawdziwą udręką. Winston liczył, że podczas przerwy choć na moment zostanie sam, ale pech chciał, że rozsiadł się obok niego ten imbecyl Parsons, niemal wypierając słaby zapach gulaszu odorem swojego potu. Trajkotał o przygotowaniach do Tygodnia Nienawiści — jego szczególny entuzjazm wzbudzała szeroka na dwa metry kopia głowy Wielkiego Brata z papier mâché,(54) przygotowywana na tę okazję przez zastęp Szpiegów, do którego należała jego córka. Najbardziej irytujące było to, że w ogólnym gwarze Winston prawie nie słyszał Parsonsa i co chwila musiał prosić o powtórzenie tej czy innej durnoty. Tylko raz kątem oka zerknął na dziewczynę, która siedziała z dwiema innymi młodymi kobietami po drugiej stronie stołówki. Sprawiała wrażenie, jakby go nie widziała. Nie spojrzał już więcej w jej kierunku.

Popołudnie było znośniejsze. Zaraz po obiedzie dostał trudne, delikatne zadanie, wymagające odłożenia innych spraw na kilka godzin. Musiał sfałszować serię sprawozdań produkcyjnych sprzed dwóch lat tak, aby zdyskredytować pewnego prominentnego członka Wewnętrznej Partii, nad którym obecnie zbierały się czarne chmury. Winston był w tym bardzo dobry i na jakieś dwie godziny udało mu się całkowicie wyrzucić dziewczynę z głowy. Potem jednak powróciło wspomnienie jej twarzy, a wraz z nim — palące, nieznośne pragnienie, by zostać samemu. Dopiero w samotności mógłby sobie przemyśleć całą sytuację. Jednak tamtego wieczora wypadały zajęcia w Osiedlowym Domu Kultury. Pochłonął kolejny mdły posiłek w stołówce, pobiegł do ODK-u, wziął udział w ponurej błazenadzie „grupy dyskusyjnej”, rozegrał dwie partie ping-ponga, wypił kilka szklanek ginu i przesiedział pół godziny na wykładzie pod tytułem „Angsoc a szachy”. W środku skręcał się z nudów, tym razem jednak nie kusiło go, żeby się zerwać. Na widok słów „Kocham cię” wezbrało w nim pragnienie życia, zatem podejmowanie nawet niewielkiego ryzyka nagle wydało mu się głupie. Dopiero o dwudziestej trzeciej, kiedy wrócił do domu i położył się do łóżka — w ciemności, dającej schronienie przed teleekranem, o ile zachowywało się milczenie — mógł spokojnie pomyśleć.

Miał do rozwiązania nie lada problem logistyczny: jak skontaktować się z dziewczyną i zaaranżować spotkanie. Nie brał już pod uwagę możliwości, że mogłaby zastawić na niego pułapkę. Wykluczył to z powodu jej widocznego roztrzęsienia, kiedy wręczała mu liścik. Była szczerze przerażona, to jasne, miała przecież ku temu powody. Nie przeszło mu nawet przez myśl, iż mógłby odrzucić jej awanse. Chociaż zaledwie pięć dni wcześniej chciał rozwalić jej głowę kamieniem, w tej chwili to nie miało znaczenia. Wyobrażał sobie jej nagie, młode ciało, takie jakie widział we śnie. Jeszcze niedawno zakładał, że jest tak samo głupia jak cała reszta i jej głowę wypełniają kłamstwa oraz nienawiść, a w środku jest zimna. Teraz myślał rozgorączkowany, że może ją stracić, że to piękne, białe ciało może mu się wymknąć! Bardziej niż czegokolwiek innego obawiał się, że jeśli nie skontaktuje się z nią wystarczająco szybko, dziewczyna po prostu zmieni zdanie. Jednak umówienie się nastręczało ogromnych trudności, niczym zrobienie ruchu w szachach, kiedy dostało się mata. Gdzie się nie obrócić, wszędzie teleekrany. W istocie wszystkie możliwe sposoby nawiązania kontaktu przyszły mu do głowy w ciągu pierwszych pięciu minut. Teraz, mając wreszcie czas, po kolei przeglądał w myślach różne opcje, jakby rozkładał na stole zestaw dostępnych narzędzi.

Powtórne zainscenizowanie spotkania w taki sposób, jak odbyło się ono tamtego ranka, nie wchodziło, rzecz jasna, w grę. Gdyby pracowała w Departamencie Archiwów, sprawa byłaby stosunkowo łatwa. Winston nie orientował się jednak, gdzie w gmachu ministerstwa znajduje się Departament Fikcji; nie miał też żadnego pretekstu, żeby się tam zapuścić. Jeśliby tylko wiedział, gdzie mieszka i o której kończy pracę, mógłby coś wykombinować, żeby spotkać ją po drodze do domu, nie mógł jej jednak śledzić, nie byłoby to bezpieczne; kręcąc się bez wyraźnego celu przed ministerstwem, z pewnością zostałby zauważony. Wysłanie listu pocztą było wykluczone. Całą korespondencję otwierano rutynowo po drodze, nie stanowiło to zresztą tajemnicy. Właściwie mało kto pisał listy. Raz na jakiś czas wysyłało się wiadomości innym ludziom, ale do tego służyły drukowane pocztówki z długimi spisami gotowych fraz; po prostu skreślało się te, które akurat nie miały zastosowania. Tymczasem Winston nie znał nawet imienia dziewczyny, nie mówiąc o jej adresie. Ostatecznie doszedł do wniosku, że najbezpieczniejszym miejscem będzie stołówka. Gdyby udało mu się zastać ją przy stole samą — gdzieś pośrodku sali, nie za blisko teleekranu — i gdyby otaczał ich wystarczająco głośny harmider rozmów, mogliby zamienić parę słów. Wystarczyłoby trzydzieści sekund.

Przez kolejny tydzień jego życie przypominało niespokojny sen. Nazajutrz dziewczyna pojawiła się w stołówce, dopiero kiedy Winston wychodził, już po gwizdku. Prawdopodobnie przydzielono jej późniejszą zmianę. Minęli się, nie patrząc na siebie. Kolejnego dnia przyszła o zwykłej godzinie, ale z trzema innymi dziewczynami i usiadła tuż pod teleekranem. Potem przez trzy straszne dni w ogóle się nie pojawiła. Ciało i umysł Winstona stały się nieznośnie nadwrażliwe, wyostrzenie zmysłów sprawiało, że każdy ruch, każdy dźwięk, każdy kontakt z drugim człowiekiem, każde wypowiedziane czy usłyszane słowo stanowiło torturę. Nawet we śnie nie udawało mu się całkowicie uciec od jej obrazu. W tych dniach nie dotykał dziennika. Tylko pogrążając się w pracy, znajdował chwilową ulgę. Udawało mu się czasem skupić na całe dziesięć minut. Nie miał bladego pojęcia, co mogło się z nią stać, a nie było sposobu, żeby się czegokolwiek dowiedzieć. Mogła zostać ewaporowana, mogła popełnić samobójstwo, mogli ją przenieść na drugi koniec Oceanii — a co najgorsze, mogła po prostu zmienić zdanie i zdecydować, że będzie go unikała.

Jednak następnego dnia znowu ją zobaczył. Nie miała już temblaka, tylko opaskę, przytrzymywaną przez plaster wokół nadgarstka. Ulga, którą Winston poczuł na jej widok, była tak ogromna, że uległ pokusie popatrzenia przez kilka sekund wprost na dziewczynę. Kolejnego dnia niewiele brakowało, a zagadałby do niej, bowiem gdy przyszedł na stołówkę, siedziała przy stoliku dość oddalonym od ściany, całkiem sama. Było wcześnie, pomieszczenie nie zapełniło się jeszcze ludźmi. Kolejka sunęła równo, aż Winston znalazł się prawie przy kontuarze, potem jednak zatrzymała się na dwie minuty, bo ktoś z przodu narzekał, że nie dostał sacharyny. Dziewczyna wciąż jeszcze siedziała sama, kiedy odebrał swoją tacę i ruszył w kierunku jej stolika. Szedł swobodnym krokiem, udając, że wypatruje wolnego miejsca gdzieś za jej plecami. Znajdowała się może trzy metry od niego. Jeszcze dwie sekundy i udałoby się osiągnąć cel. Ale właśnie wtedy ktoś z tyłu zawołał: „Smith!”. Początkowo udał, że nie słyszy. „Smith!” — powtórzył głos jeszcze donośniej. Winston nie miał wyjścia. Odwrócił się. Młody blondyn o głupkowatej twarzy, nazwiskiem Wilsher, którego znał bardzo słabo, zapraszał go z uśmiechem, by zajął wolne miejsce przy jego stoliku. Odmówić byłoby niebezpiecznie. Skoro ktoś zawołał go po nazwisku, nie mógł już dosiąść się do samotnej dziewczyny, byłoby to zbyt ostentacyjne. Usiadł, uśmiechając się przyjaźnie. Głupkowata twarz blondyna promieniała. Winston oczami wyobraźni widział, jak miażdży ją kilofem. Po paru chwilach ktoś usiadł obok dziewczyny.

Musiała jednak odnotować tę jego próbę i możliwe, że podchwyciła pomysł. Następnego dnia postarał się przyjść jak najwcześniej. I faktycznie, siedziała przy stoliku mniej więcej tam, gdzie poprzednio — znowu sama. Przed Winstonem czekał w kolejce mały, żukopodobny mężczyzna o prędkich ruchach, płaskiej twarzy i maleńkich, podejrzliwych oczkach. Odchodząc od kontuaru ze swoją tacą, Winston zobaczył, że tamten kieruje się wprost do stolika dziewczyny. Znowu zaczynał tracić nadzieję. Nieco dalej za nią także było wolne miejsce, jednak wygląd tego człowieka sugerował, że jest zbyt wygodny, aby tłoczyć się przy jednym stoliku z paroma innymi osobami. Winston szedł za nim ze ściśniętym sercem. Plan nie wypali, jeśli nie zostanie sam na sam z dziewczyną. Nagle rozległ się straszliwy łomot. Mikrus wylądował na czworakach, upuszczając przy okazji tacę, po podłodze popłynęły strugi zupy i kawy. Podniósł się i jadowicie spojrzał na Winstona, najwyraźniej podejrzewając go o podstawienie nogi. Ale nic się w końcu nie stało. Pięć sekund później, z łomoczącym sercem, Winston siedział obok dziewczyny.

Nie patrzył na nią. Zestawił naczynia z tacy i natychmiast zaczął jeść. Było sprawą najwyższej wagi, żeby zacząć mówić od razu, zanim ktokolwiek się dosiądzie, nagle jednak ogarnął go potworny strach. Od jej pierwszego gestu minął już tydzień. Mogła zmienić zdanie, oczywiście, że zmieniła zdanie! Ten romans nie mógł skończyć się szczęśliwie, takie rzeczy nie zdarzały się w prawdziwym życiu. Poddałby się, gdyby nie to, że akurat w tym momencie zobaczył Amplefortha, poetę o włochatych uszach, rozglądającego się bezradnie po stołówce w poszukiwaniu wolnego miejsca. Ampleforth lgnął z jakiegoś powodu do Winstona, więc gdyby go zauważył, z pewnością zechciałby się dosiąść. Winston miał może minutę. Oboje z dziewczyną w skupieniu pałaszowali posiłek. Składał się on z rzadkiego gulaszu, a raczej zupy — fasolowej. Winston odezwał się półgłosem. Żadne z nich nie podniosło wzroku i nadal rytmicznie pakowali wodnisty pokarm do ust. Pomiędzy kolejnymi porcjami bezbarwnymi, cichymi głosami wymienili parę niezbędnych słów.

— O której kończysz?

— O osiemnastej trzydzieści.

— Gdzie możemy się spotkać?

— Na Placu Zwycięstwa, obok pomnika.

— Pełno teleekranów.

— W tłumie to nie ma znaczenia.

— Jakiś sygnał?

— Nie. Nie podchodź, aż upewnisz się, że otaczają mnie ludzie. Nie patrz na mnie. Po prostu podejdź blisko.

— O której?

— O dziewiętnastej.

— W porządku.

Ampleforth nie zauważył Winstona i usiadł gdzie indziej. Dziewczyna szybko skończyła jeść i wkrótce się zmyła, Winston został jeszcze, żeby zapalić papierosa. Już się więcej nie odezwali i — na ile to było możliwe w sytuacji dwóch osób siedzących naprzeciwko siebie przy stole — unikali kontaktu wzrokowego.

Stawił się na Placu Zwycięstwa przed umówioną godziną. Okrążył ogromną, żłobioną kolumnę, na której wznosił się pomnik Wielkiego Brata, spoglądającego na południowe niebo; właśnie tam rozgromił on eurazjatyckie eskadry (kilka lat wcześniej mówiono, że wschodnioazjatyckie) w bitwie o Pierwszy Pas Powietrzny. Nieopodal na ulicy stał konny pomnik mężczyzny, który miał być Oliverem Cromwellem(55). Pięć minut po umówionej godzinie dziewczyny jeszcze nie było. Znowu ogarnął Winstona potworny strach. Nie przyjdzie, zmieniła zdanie! Zniosło go powoli ku północnej ścianie placu. Odczuł pewien rodzaj nostalgicznej przyjemności, kiedy rozpoznał kościół świętego Marcina, którego dzwony wybijały, jak sobie zaraz przypomniał, „Pomarańcze i cytryny”. A potem ją zobaczył. Stała i czytała lub udawała, że czyta, plakat owijający spiralnie kolumnę. Podejść do niej teraz nie byłoby bezpiecznie, musiał zaczekać, aż zbierze się więcej ludzi. Wokół kolumny roiło się od teleekranów. Nagle z lewej strony dobiegły ludzkie wrzaski i warkot ciężkich pojazdów. Tłum ruszył na przełaj przez plac. Dziewczyna zgrabnie wyminęła lwy, zdobiące podstawę kolumny, i dołączyła do biegnących. Winston popędził za nią. Z rozproszonych, wrzaskliwych komentarzy wywnioskował, że nadjeżdża konwój z eurazjatyckimi jeńcami wojennymi.

Gęsty tłum już blokował południową stronę placu. Winston, któremu jego natura zwykle nakazywała trzymanie się z dala od wszelkich awantur, teraz wciskał się, przepychał i lawirował, żeby dotrzeć w sam środek zgromadzenia. Wkrótce miał dziewczynę na wyciągnięcie ręki, rozdzielał ich jednak potężny prol; wraz z niemal równie ogromną prolką, zapewne jego żoną, tworzyli niemożliwą do pokonania ścianę ciał. Winston odwrócił się bokiem i rzucając się na nich z całej siły, zdołał wbić ramię pomiędzy te dwie istoty. Przez moment miał wrażenie, że nacisk masywnych bioder zmieli jego wnętrzności na miazgę, potem jednak udało mu przedrzeć się na drugą stronę. Nieco spocony, znalazł się wreszcie przy dziewczynie. Stali ramię w ramię, niewzruszenie patrząc przed siebie.

Ulicą przesuwała się powoli długa kolumna ciężarówek; uzbrojeni w pistolety maszynowe strażnicy o drewnianych twarzach stali na baczność w rogach platform, zaś między nimi siedzieli w kucki drobni, żółci ludzie w lichych, zielonych mundurach. Ich smutne twarze o mongolskich rysach wyglądały przez boki pojazdów bez krzty zaciekawienia. Od czasu do czasu, gdy któryś furgon podskoczył na wyboju, rozlegał się brzęk metalu: stłoczeni więźniowie mieli skute nogi. Ciężarówka za ciężarówką przesuwały się ładunki ponurych twarzy. Winston patrzył na nich, ale dostrzegał ich tylko chwilami. Ramię dziewczyny przyciskało się do jego ramienia. Była tak blisko, że wyczuwał ciepło jej policzka. Natychmiast przejęła kontrolę nad sytuacją — jak wtedy w stołówce. Odezwała się takim samym, bezbarwnym głosem, niemal nie poruszając ustami. Był to właściwie szept, z łatwością tonący w ludzkim gwarze i warkocie silników.

— Słyszysz mnie?

— Tak.

— Możesz wziąć wolne w niedzielę?

— Tak.

— To słuchaj uważnie. Musisz to zapamiętać. Idź na stację Paddington(56)…

Z niemal żołnierską precyzją, która go zaskoczyła, wytyczyła trasę, którą miał pokonać. Pół godziny pociągiem, po wyjściu ze stacji w lewo; dwa kilometry drogą do bramy z brakującą górną zasuwą, dalej dróżką przez pole do trawiastej łąki, potem ścieżką między krzakami do martwego drzewa otulonego mchem. Zupełnie jakby miała mapę w głowie.

— Dasz radę zapamiętać? — spytała w końcu.

— Tak.

— Skręcasz w lewo, potem w prawo, potem znowu w lewo. Brama bez górnej zasuwy.

— Tak. O której?

— Około piętnastej. Może będziesz musiał zaczekać. Dotrę inną drogą. Na pewno wszystko zapamiętałeś?

— Tak.

— Odejdź zatem jak najszybciej.

Nie musiała mu tego mówić. Ale nie od razu wydostali się z tłumu; ciężarówki nadal przesuwały się ulicą, nienasyceni ludzie wciąż się gapili. Na początku rozlegały się pojedyncze buczenia i syki, wydawali je jednak tylko rozproszeni w tłumie członkowie Partii, wkrótce więc ustały. Dominującym odczuciem była ciekawość. Obcokrajowcy, czy to z Eurazji czy z Azji Wschodniej, byli jak egzotyczne zwierzęta. Widywało się ich wyłącznie w roli jeńców, a nawet wtedy można ich było ujrzeć tylko przelotnie. Nikt nie wiedział, co się z nimi dzieje później. Poza nielicznymi, których wieszano jako zbrodniarzy wojennych, po prostu znikali, trafiając pewnie do obozów pracy przymusowej. Okrągłe, mongolskie twarze ustąpiły miejsca obliczom bardziej europejskim — brudnym, brodatym i wycieńczonym. Znad szczeciniastych policzków wpatrywały się w Winstona ludzkie oczy, przez chwilę wwiercały się w niego, po czym znikały. Konwój zbliżał się do końca. Na ostatniej ciężarówce stary mężczyzna z twarzą pokrytą bujnym, siwym zarostem stał ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, jakby przyzwyczajony, że są skute kajdanami. Naprawdę powinni się pożegnać. Ale w ostatnim momencie, póki jeszcze osłaniał ich tłum, jej ręka znalazła jego rękę i lekko ją ścisnęła.

Nie trwało to nawet dziesięciu sekund, a mimo to Winston miał wrażenie, że dotykają się bardzo długo. Zdołał nauczyć się każdego szczegółu jej dłoni. Zbadał jej długie palce, kształtne paznokcie, wnętrze stwardniałe od pracy, z rzędem odcisków, i gładkie ciało pod nadgarstkiem. Przyswoił sobie tę dłoń tak dobrze, że rozpoznałby ją wzrokiem. Jednocześnie uzmysłowił sobie, że nie wie, jakiego koloru są oczy dziewczyny. Pewnie brązowe, choć ciemnowłose osoby także miewają niebieskie tęczówki. Chciał odwrócić się i zerknąć na nią, ale byłaby to niewyobrażalna głupota. Ze splecionymi dłońmi, niewidocznymi w masie ciał, patrzyli prosto przed siebie, a zamiast oczu dziewczyny Winston napotkał oczy starego więźnia, spoglądające z głębokim smutkiem spomiędzy siwych strąków.

54) papier mâché, (fr.) — masa papierowa, używana do wyrobu opakowań i dekoracji. [przypis edytorski] [powrót]

55) Cromwell, Oliver (1599–1658) — polityk angielski, główna postać angielskiej wojny domowej, lord protektor Anglii, Szkocji i Irlandii w latach 1653–1658. [przypis edytorski] [powrót]

56) stacja Paddington — londyńska stacja kolejowa na terenie gminy Westminster, w dzielnicy Paddington. [przypis edytorski] [powrót]

2

Winston wędrował dróżką wśród drzew, poprzez plamy światła i cienia; brodził w złotych kałużach, gdzie słońce przelewało się między gałęziami. Pod drzewami, po lewej, roiło się od dzwonków. Powietrze pieściło skórę. Był drugi dzień maja. Z odległego miejsca w sercu lasu dobiegało gruchanie synogarlicy.

Przyjechał nieco przed czasem. Droga okazała się łatwa, dziewczyna ewidentnie miała duże doświadczenie, przez co nie bał się aż tak bardzo, jak się spodziewał. Najwyraźniej wiedziała, jak znaleźć bezpieczne miejsce. Ogólnie rzecz biorąc, nie należało zakładać, że poza miastem jest mniej groźnie niż w Londynie. W lesie nie montowano oczywiście teleekranów, zawsze jednak istniało ryzyko natknięcia się na ukryty mikrofon, który zarejestruje każde słowo i umożliwi rozpoznanie głosu; poza tym trudno było podróżować w pojedynkę bez zwracania na siebie uwagi. Wyprawa na odległość mniejszą niż 100 km nie wymagała pozwolenia w paszporcie, ale czasem wokół stacji kolejowych kręciły się patrole, zwracające szczególną uwagę na członków Partii — należało spodziewać się kontroli dokumentów i niezręcznych pytań. Na szczęście Winston nie natknął się na żaden z nich. Po drodze ze stacji upewnił się, że nikt go nie śledzi, oglądając się ostrożnie za siebie. Pociąg był napakowany prolami w wakacyjnych nastrojach z powodu letniej pogody. Wagon z drewnianymi ławkami, którym podróżował, ledwo mieścił jedną gigantyczną prolską rodzinę — od bezzębnej prababki po czterotygodniowe niemowlę — podróżującą „do teściów” na wsi w odwiedziny, ale też po to, żeby zdobyć trochę masła na czarnym rynku, co wyjawili Winstonowi zupełnie bez skrępowania.

Dróżka rozszerzyła się, po chwili dotarł do ścieżki, o której mu powiedziała; był to ledwie szlak wydeptany przez zwierzęta między krzakami. Nie miał zegarka, ale zdecydowanie nie wybiła jeszcze piętnasta. Dzwonki rosły tak gęsto, że nie mógł ich nie podeptać. Ukląkł i zaczął je zrywać, żeby zabić czas, ale także dlatego, że chciał dać bukiet dziewczynie, kiedy się spotkają. Uzbierał sporo kwiatów i wdychał ich nikły, mdławy zapach, kiedy dźwięk dobiegający zza jego pleców sprawił, że zamarł; to gałązka trzasnęła pod czyjąś stopą. Wrócił do zrywania dzwonków, to było najlepsze rozwiązanie. Mogła to być dziewczyna albo ktoś go jednak śledził. Rozglądając się, pokazałby, że czuje się winny, zrywał więc dalej kwiaty. Nagle poczuł lekki dotyk dłoni na ramieniu.

Spojrzał do góry. To była ona. Pokręciła głową. Zrozumiał, że każe mu w ten sposób zachować milczenie. Potem, rozgarniając zarośla, sprawnie poprowadziła go wąską dróżką głębiej w las. Ewidentnie znała to miejsce, bo zupełnie odruchowo unikała podmokłych fragmentów terenu. Winston podążał za nią, ściskając swój bukiet. W pierwszej chwili odczuł ulgę, jednak obserwując mocne, szczupłe ciało prowadzącej go dziewczyny, z czerwoną szarfą przewiązaną w talii dość ciasno, żeby podkreślała jej kobiece kształty, boleśnie doświadczał swojej niższości. Obawiał się, że kiedy ona odwróci się i spojrzy na niego, jednak się wycofa. Balsamiczne powietrze i zieleń liści zniechęcały go. Już w drodze ze stacji światło słoneczne sprawiło, że Winston poczuł się brudny i zmizerniały; był stworzeniem unikającym świeżego powietrza, z czarnym jak sadza pyłem Londynu w porach skóry. Uświadomił sobie, że dziewczyna nigdy wcześniej nie widziała go na dworze, w ostrym słońcu. Dotarli właśnie do przewróconego drzewa, o którym wspomniała. Przeskoczyła przez pień i rozgarnęła zarośla, choć nie było tam widać żadnego przejścia. Poszedł za nią i zaraz znaleźli się na polanie, na niewielkiej, porośniętej trawą łące, otoczonej przez wysokie, młode drzewa, zapewniające osłonę ze wszystkich stron. Dziewczyna zatrzymała się i zwróciła się ku niemu.

— Jesteśmy na miejscu — powiedziała.

Stał, zwrócony do niej twarzą, w odległości kilku kroków. Nie miał jeszcze śmiałości podejść bliżej.

— Nie chciałam nic mówić po drodze — powiedziała — czasem można trafić na ukryty mikrofon. Rzadko, jednak nie da się tego wykluczyć. Zawsze jest obawa, że któraś z tych świń rozpozna twój głos. Tu jesteśmy bezpieczni.

Nadal nie miał odwagi zbliżyć się do niej.

— Jesteśmy bezpieczni? — spytał niemądrze.

— Tak. Popatrz na te drzewa. — Były to niewielkie jesiony; stare drzewa kiedyś ścięto, jednak wypuściły las młodych pędów, z których żaden nie był grubszy od nadgarstka. — Nie ma gdzie schować mikrofonu. Poza tym, byłam już tutaj.

Dotychczas tylko rozmawiali. Dopiero teraz odważył się podejść bliżej. Dziewczyna stała przed nim wyprostowana, z nieco ironicznym uśmiechem na twarzy, jakby zastanawiała się, dlaczego Winston tak się ociąga. Dzwonki opadły kaskadą na ziemię niczym obdarzone własną wolą. Wziął ją za rękę.

— Czy uwierzysz — powiedział — że aż do tego momentu nie wiedziałem, jakiego koloru są twoje oczy? — Widział, że są brązowe, jasnobrązowe, otoczone ciemnymi rzęsami. — Teraz, kiedy wiesz, jak naprawdę wyglądam, nadal możesz na mnie patrzeć bez wstrętu?

— Tak, oczywiście.

— Mam trzydzieści dziewięć lat. Mam żonę, której nie mogę się pozbyć. Mam żylaki. I sztuczne zęby.

— Nic mnie to nie obchodzi — powiedziała dziewczyna.

Nie wiadomo, jak to się stało, ale już po chwili tulił ją w ramionach. Najpierw nie czuł nic poza czystym niedowierzaniem. Jej młode ciało prężyło się pod jego dotykiem, masa ciemnych włosów muskała mu twarz i nagle… Tak, naprawdę całował jej wydatne, czerwone usta. Objęła go ramionami i mówiła: „Kochany, najdroższy, skarbie”. Osunęli się na trawę, nie opierała się ani trochę, mógł z nią zrobić wszystko, co chciał. Ale prawda była taka, że jej dotyk nie rozpalił w nim namiętności. Czuł niedowierzanie i dumę, lecz nie fizyczne pożądanie. Sam nie wiedział dlaczego. Może działo się to zbyt szybko, może obawiał się jej młodości i urody, może za bardzo przyzwyczaił się do życia bez kobiet. Dziewczyna podniosła się i wyciągnęła z włosów zgnieciony dzwonek. Usiadła obok Winstona i otoczyła go ramieniem.

— Nic nie szkodzi, kochany, nie ma pośpiechu. Mamy całe popołudnie. Czyż to nie jest wspaniała kryjówka? Znalazłam to miejsce pewnego razu, kiedy zgubiłam się podczas wycieczki grupowej. Gdyby ktoś nadchodził, usłyszelibyśmy z odległości stu metrów.

— Jak masz na imię? — spytał Winston.

— Julia. Twoje znam. Winston. Winston Smith.

— Jak się dowiedziałaś?

— Chyba jestem lepsza od ciebie w dowiadywaniu się różnych rzeczy, mój drogi. Powiedz mi, co o mnie myślałeś, zanim dałam ci liścik?

Nie kusiło go, żeby skłamać. A zresztą powiedzenie najgorszego było swego rodzaju miłosnym darem.

— Nienawidziłem cię z całego serca. Chciałem cię zgwałcić, a potem zamordować. Dwa tygodnie temu całkiem serio myślałem o roztrzaskaniu twojej czaszki kamieniem. Jeśli chcesz znać prawdę, sądziłem, że masz związki z myślopolicją.

Dziewczyna roześmiała się radośnie, biorąc to za komplement pod adresem swojego kamuflażu.

— Tylko nie myślopolicja! Naprawdę tak sądziłeś?

— Może nie całkiem tak. Ale sądząc po twoim wyglądzie, po prostu dlatego, że jesteś taka młoda, świeża i zdrowa, rozumiesz, myślałem, że pewnie…

— Uznałeś, że jestem lojalną partyjniaczką. Czystą w słowach i uczynkach. Transparenty, procesje, slogany, gry zespołowe, wycieczki grupowe, te rzeczy. I wydawało ci się, że jeśli tylko trafi się okazja, wydam cię na śmierć jako myślozbrodniarza?

— Tak, coś w tym rodzaju. Wiesz, wiele młodych kobiet jest właśnie takich.

— To przez to cholerstwo — powiedziała, zrywając szkarłatną szarfę Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej i zarzucając ją na gałąź drzewa. Następnie, jakby dotknąwszy talii o czymś sobie przypomniała, sięgnęła do kieszeni uniformu i wyciągnęła niedużą tabliczkę czekolady. Przełamała ją na pół i jeden z kawałków wręczyła Winstonowi. Jeszcze nie skosztował, a już poznał po zapachu, że to nie jest zwyczajna czekolada. Była ciemna, błyszcząca, owinięta w sreberko. Zwykła czekolada miała kolor matowobrązowy, kruszyła się i smakowała — żeby użyć najlepszego porównania — jak dym z palonych śmieci. Ale Winston jadł już taką czekoladę jak ta. Kiedy tylko poczuł jej zapach, wróciło do niego wspomnienie, którego nie umiał sprecyzować, które jednak było mocne i niepokojące.

— Skąd to masz? — spytał.

— Z czarnego rynku — odpowiedziała obojętnie. — Fakt, wyglądam na taką, za jaką mnie wziąłeś. Lubię sport. Byłam zastępową w Szpiegach. Trzy wieczory w tygodniu poświęcam na ochotnicze prace dla Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. Mnóstwo godzin spędziłam, oklejając cały Londyn tym ich cholernym gównem. Podczas demonstracji zawsze trzymam transparent. Wyglądam pogodnie, nigdy się od niczego nie wykręcam. „Zawsze wrzeszczeć razem z tłumem” to moja dewiza. Tylko taka strategia zapewnia bezpieczeństwo.

Pierwszy kawałek czekolady rozpuścił się na języku Winstona. Smak był wspaniały. Towarzyszyło mu jednak tamto wspomnienie, krążące po obrzeżach świadomości — silne, ale niekonkretne jak kształt dostrzeżony jedynie kątem oka. Odsunął je od siebie, czując w głębi ducha, że chodzi o uczynek, który najchętniej cofnąłby, gdyby to było możliwe.

— Jesteś bardzo młoda — powiedział. — Dziesięć albo piętnaście lat młodsza ode mnie. Co takiego we mnie zobaczyłaś, że zwróciłaś uwagę na kogoś takiego jak ja?

— Coś w twojej twarzy. Pomyślałam, że zaryzykuję. Umiem rozpoznać człowieka, który gdzieś nie pasuje. Kiedy tylko cię zobaczyłam, od razu wiedziałam, że jesteś przeciwko nim.

Oni oznaczali Partię, a przede wszystkim Partię Wewnętrzną, o której Julia wyrażała się z otwartą, kąśliwą nienawiścią, wywołującą poczucie dyskomfortu u Winstona, chociaż wiedział, że znajdują się w wyjątkowo bezpiecznym miejscu. Zdumiewała go ordynarność jej języka. Członkom Partii nie wolno było przeklinać i sam Winston klął rzadko, a w każdym razie rzadko robił to na głos. Za to Julia nie była w stanie wspomnieć o Partii, szczególnie o Partii Wewnętrznej, bez dorzucenia wiązanki słów z rodzaju tych, które widywało się nabazgrane kredą na chodniku w tym czy innym, cuchnącym wilgocią i uryną zaułku. Właściwie mu się to podobało. Ten język był jednym z przejawów jej buntu przeciwko Partii i partyjnym metodom; wydawał się całkiem naturalny, jak prychanie konia, który poczuł zapach zgniłego siana. Opuścili polanę i znowu wędrowali w plamach światła i cienia, obejmując się w pasie, kiedy tylko ścieżka stawała się dość szeroka, by dało się iść obok siebie. Winston poczuł, o ile bardziej miękka wydawała się jej talia, kiedy nie miała już szarfy. Mówili tylko szeptem. Poza polaną, powiedziała Julia, lepiej było zachowywać się cicho. Dotarli teraz na skraj lasu. Zatrzymała go.

— Nie wychodź na otwartą przestrzeń. Ktoś może nas podejrzeć. Tu, za drzewami, jesteśmy bezpieczni.

Stali w cieniu kępy leszczyny. Słońce, choć przefiltrowane przez miliony liści, paliło ich twarze. Winston spojrzał na pole, które się przed nimi rozciągało, i ku swojemu zdumieniu odkrył, że rozpoznaje to miejsce. Już je widział. Stare, wygryzione do gołej ziemi pastwisko z biegnącą pośrodku krętą ścieżką, usiane gdzieniegdzie krecimi kopczykami. Wiązy po drugiej stronie stały w nieregularnym rzędzie, ich gałęzie kołysały się leciutko na wietrze, liście zbite w gęstą masę przywodziły na myśl kobiece włosy. Wiedział, że gdzieś w pobliżu, ale poza zasięgiem wzroku, płynie strumyk, a w jego zielonych rozlewiskach pluskają się klenie.

— Jest tu gdzieś potok? — zapytał.

— Zgadza się, jest. Płynie brzegiem następnego pola. Są w nim wspaniałe, ogromne ryby. Dryfują sobie w rozlewiskach pod wierzbami, można je tam podziwiać.

— To prawie… Złota Kraina — wymamrotał.

— Złota Kraina?

— Nic takiego. Pejzaż, który czasem widywałem w snach.

— Patrz — szepnęła Julia.

Na gałęzi, niespełna pięć metrów od nich, przysiadł drozd — niemal dokładnie na wysokości ich twarzy. Chyba ich nie zauważył. On był w słońcu, a oni w cieniu. Rozpostarł skrzydła, po czym złożył je uważnie, skłonił głowę — jakby w hołdzie słońcu — i popłynęły dźwięki pieśni, zaskakująco mocne w popołudniowej ciszy. Winston i Julia przytulili się, zafascynowani tym występem. Muzyka trwała i trwała, minuta za minutą, bogata w zadziwiające wariacje, bez żadnych powtórzeń, zupełnie jakby ptak celowo popisywał się wirtuozerią. Czasem przerywał na chwilę, rozkładał i ponownie składał skrzydła, po czym nadymał cętkowaną pierś i pieśń buchała ponownie. Winston przyglądał się śpiewakowi z pewnego rodzaju czcią. Po co, dla kogo świergotał ten ptak? Nie było w pobliżu rywala ani samiczki. Co skłoniło go, żeby przysiąść na skraju odludnego lasu i napełnić pustkę muzyką? Winstonowi przyszło do głowy, że może jednak gdzieś w pobliżu ukryto mikrofon. On i Julia porozumiewali się tylko cichym szeptem, mikrofon nie wychwyciłby ich głosów, ale śpiew drozda — tak. Może na drugim końcu urządzenia jakiś mały, owadopodobny człowieczek nasłuchiwał w skupieniu i słyszał właśnie to. Stopniowo jednak powódź muzyki wyparła wszelkie rozważania. Winston miał wrażenie, jakby zalewało go coś płynnego, co mieszało się ze światłem słonecznym, przefiltrowanym przez liście. Przestał w ogóle myśleć i tylko odczuwał. Talia dziewczyny w zagięciu jego ramienia była miękka i ciepła. Przyciągnął ją do siebie tak, żeby mieć jej piersi przy swoich, jej ciało zdawało się topnieć w zetknięciu z jego skórą. Gdziekolwiek jej dotykał, ulegała jak woda. Ich wargi zetknęły się; teraz odczuwał to zupełnie inaczej niż tamte pierwsze, sztywne pocałunki. Kiedy ich usta oderwały się od siebie, oboje głęboko westchnęli. Ptak przestraszył się i odfrunął, łopocząc skrzydłami.

Winston zbliżył wargi do jej ucha.

— Teraz — wyszeptał.

— Nie tu — odpowiedziała. — Wróćmy do kryjówki. Tam jest bezpieczniej.

W pośpiechu wracali na polanę; od czasu do czasu rozlegał się trzask pękającej pod stopą gałązki. Gdy znaleźli się w kręgu młodych drzew, Julia zwróciła się ku niemu. Oboje oddychali ciężko, ale na jej twarzy błąkał się uśmiech. Popatrzyła na niego przez chwilę, po czym odszukała suwak kombinezonu. I tak! Było prawie jak we śnie Winstona. Niemal tak zgrabnie jak w jego sennej wizji zdarła z siebie ubranie i cisnęła na bok tym wspaniałym gestem, który zdawał się unicestwiać całą cywilizację. Jej białe ciało lśniło w słońcu. Na razie nie patrzył jednak na ciało, jego wzrok przykuła łobuzersko uśmiechnięta, lekko piegowata twarz. Ukląkł przed Julią i ujął jej dłonie.

— Robiłaś to już kiedyś?

— Oczywiście. Setki razy. No, w każdym razie wiele razy.

— Z członkami Partii?

— Tak, zawsze z członkami Partii.

— Z Partii Wewnętrznej?

— Nie, z tymi łajdakami nie. Ale jest wielu, którzy bardzo by tego chcieli, gdyby tylko trafiła się taka możliwość. Nie są tacy święci, jakich udają.

Serce Winstona zabiło mocniej. Robiła to wiele razy; chciałby, żeby to były setki tysięcy razy. Wszystko, co sugerowało nieprawomyślność, napełniało go dziką nadzieją. Kto wie? Może Partia jest w środku zepsuta, może cały ten kult pracowitości i samozaparcia to tylko blaga, służąca zamaskowaniu rozpasania? Gdyby mógł pozarażać ich wszystkich trądem albo syfilisem, zrobiłby to z największą przyjemnością! Wszystko, byle ich zepsuć, osłabić, podważyć! Pociągnął ją w dół; klęczeli teraz naprzeciwko siebie, twarzą w twarz.

— Słuchaj. Im więcej miałaś mężczyzn, tym bardziej cię kocham. Rozumiesz?

— Tak, rozumiem doskonale.

— Nienawidzę czystości, nienawidzę dobra. Chciałbym wyplenić wszelką cnotę. Chciałbym, żeby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości.

— W takim razie powinnam ci pasować, mój drogi. Jestem zepsuta do szpiku kości.

— Lubisz to? Nie konkretnie ze mną, pytam po prostu, czy lubisz to robić.

— Uwielbiam.

Właśnie to chciał usłyszeć. Nie miłość do konkretnego człowieka, ale zwierzęcy instynkt, proste, nieróżnicujące pożądanie — właśnie ta siła rozerwie Partię na strzępy. Przewrócił Julię na trawę, na rozsypane dzwonki. Tym razem nie było to trudne. Po chwili falowanie ich piersi spowolniło do zwykłego tempa. Ciała, przyjemnie bezradne, oderwały się od siebie. Słońce zdawało się palić jeszcze mocniej. Oboje czuli senność. Sięgnął po porzucony kombinezon i przykrył ją nim częściowo. Prawie natychmiast zasnęli i spali przez jakieś pół godziny.

Winston obudził się pierwszy. Usiadł i przyglądał się piegowatej twarzy, nadal spokojnie uśpionej, ułożonej na spodzie dłoni jak na poduszce. Właściwie tylko usta dziewczyny były piękne. Patrząc na nią z bliska, zauważył pojedyncze zmarszczki wokół oczu. Krótkie, ciemne włosy były niesamowicie gęste i miękkie. Zdał sobie sprawę, że nadal nie zna jej nazwiska ani adresu.

Młode, silne ciało, tak teraz bezbronne we śnie, obudziło w nim tkliwy instynkt opiekuńczy. Ale irracjonalna czułość, której doświadczył pod leszczyną, kiedy śpiewał drozd, nie wróciła już z taką samą siłą. Odsunął kombinezon i przez dłuższą chwilę studiował linię jej gładkiego, białego ciała. Dawniej, kiedy mężczyzna patrzył na ciało dziewczyny, czuł pożądanie i tyle. Tymczasem dziś, myślał Winston, nie ma już czystej miłości ani czystego pożądania. Nie ma żadnych czystych uczuć, każde miesza się z lękiem i nienawiścią. Ich uścisk był polem bitwy, a szczytowanie — zwycięstwem. Ciosem wymierzonym w Partię. Aktem politycznej niesubordynacji.

3

— Możemy tu przyjść jeszcze raz — powiedziała Julia. — Na ogół bezpiecznie jest użyć jednej kryjówki dwa razy. Teraz musimy, rzecz jasna, odczekać miesiąc lub dwa.

Natychmiast po przebudzeniu jej sposób bycia uległ zmianie. Stała się teraz czujna i konkretna. Ubrała się, zawiązała szkarłatną szarfę wokół talii i zaczęła układać szczegóły podróży powrotnej. Wydawało się zupełnie naturalne, że należy to do niej. Była obdarzona swoistym rodzajem pragmatycznej inteligencji, której brakowało Winstonowi, a dzięki niezliczonym pieszym wycieczkom, w których brała udział, dobrze znała wiejskie okolice Londynu. Zasugerowała, żeby wracał alternatywną drogą, na inną londyńską stację. „Nigdy nie wracaj do domu tak samo, jak dotarłeś w dane miejsce”, powiedziała, jakby wyjawiała mu fundamentalną zasadę operacyjną. Zdecydowała, że wyruszy pierwsza. Winston miał odczekać pół godziny i dopiero wtedy pójść w jej ślady.

Zaproponowała miejsce, gdzie spotkają się po pracy, wieczorem za cztery dni. Była to ulica w którejś z biedniejszych dzielnic, gdzie znajdował się ogólnodostępny targ, przeważnie zatłoczony i głośny. Ona będzie spacerować między stoiskami, udając, że szuka sznurowadeł lub nici krawieckich. Jeśli uzna, że jest bezpiecznie, wysmarka nos, kiedy Winston będzie się zbliżał — w przeciwnym wypadku ma ją minąć bez słowa. Przy odrobinie szczęścia w tak tłocznym miejscu będą mogli bezpiecznie porozmawiać przez jakiś kwadrans i zorganizować kolejną schadzkę.

— A teraz muszę już iść — powiedziała, kiedy tylko Winston opanował instrukcje. — Powinnam być na miejscu przed 19.30, żeby poudzielać się przez dwie godziny w Młodzieżowej Lidze Antyseksualnej. Rozdawanie ulotek czy coś w tym rodzaju. Wkurzające, nie? Otrzep mnie, proszę. Nie mam jakichś gałązek we włosach? Na pewno nie? W takim razie do widzenia, kochany, pa!

Rzuciła się Winstonowi w ramiona, pocałowała go namiętnie, po czym ruszyła między drzewa, żeby po chwili prawie bezszelestnie zniknąć w lesie. Nadal nie znał jej nazwiska ani miejsca zamieszkania. Nie miało to jednak znaczenia, szanse na schadzkę w mieszkaniu były raczej marne, nie mogli też wymieniać pisemnych wiadomości.

Nigdy więcej nie wrócili na polanę. W maju mieli jeszcze tylko jedną okazję, żeby się kochać. Zdarzyło się to w innej kryjówce, znalezionej przez Julię — dzwonnicy zrujnowanego kościoła w niemal zupełnie opustoszałej okolicy pod Londynem, zniszczonej trzydzieści lat wcześniej przez wybuch bomby atomowej. Kryjówka sama w sobie okazała się znakomita, jednak dotarcie do niej wiązało się z dużym ryzykiem. Poza tym spotykali się tylko na zewnątrz, każdego wieczora w innym miejscu, na nie więcej niż pół godziny. Na ulicy zwykle udawało się porozmawiać, choć w specyficzny sposób. Dryfując zatłoczonymi chodnikami w pewnej odległości od siebie i nigdy na siebie nie patrząc, wymieniali skrawki zdań. Ta dziwna, przerywana rozmowa to rozbłyskiwała, to przygasała — jak światło latarni morskiej. Na widok partyjnego kombinezonu albo teleekranu natychmiast cichli. Po paru minutach po prostu podejmowali przerwany wątek, żeby ponownie zawiesić dialog, kiedy rozstawali się w uprzednio wyznaczonym miejscu. Następnego dnia ciągnęli rozmowę bez żadnych wstępów. Julia sprawiała wrażenie przyzwyczajonej do takiego sposobu komunikowania się, nazywała to „konwersacją na raty”. Miała też zadziwiającą umiejętność mówienia bez poruszania ustami. Przez miesiąc cowieczornych spotkań tylko raz udało im się pocałować. Szli w ciszy boczną alejką (Julia nie odzywała się, kiedy oddalali się od największych ulic), gdy rozległ się ogłuszający ryk, ziemia zadrżała, powietrze pociemniało i Winston zorientował się, że leży na boku, potłuczony i przerażony. Najwyraźniej w pobliżu spadła rakieta. Nagle uświadomił sobie, że twarz Julii znajduje się kilka centymetrów od jego twarzy, trupio blada, biała jak kreda. Nawet jej usta były zupełnie białe. Zginęła! Przycisnął ją do siebie; po chwili poczuł, że całuje ciepłe, żywe oblicze. Zdał sobie sprawę, że jakiś pył dostał mu się do ust. Twarze obojga pokrywała gruba warstwa tynku.

Zdarzało się, że po dotarciu na miejsce schadzki musieli minąć się bez żadnego znaku, bo akurat zbliżał się patrol albo helikopter wisiał nad głowami. Niebezpieczeństwo to jedno, drugim problemem był brak czasu. Winston pracował sześćdziesiąt godzin tygodniowo, Julia jeszcze więcej; dni wolne zdarzały się nieregularnie, w zależności od wymogów pracy, a ich grafiki nie zawsze się pokrywały. Na przykład Julia rzadko miewała zupełnie wolne wieczory. Spędzała mnóstwo czasu na wykładach i demonstracjach, rozprowadzając literaturę Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej, przygotowując transparenty na Tydzień Nienawiści, organizując zbiórki na kampanie oszczędnościowe i tak dalej. Twierdziła, że warto to wszystko robić dla kamuflażu. Drobiazgowo przestrzegając drugorzędnych reguł, można było łamać te zasadnicze. Nakłoniła nawet Winstona do poświęcenia jednego z wolnych wieczorów na pracę ochotniczą przy produkcji amunicji — do tego zadania zgłaszali się najżarliwsi partyjniacy. W konsekwencji raz w tygodniu, przez cztery wieczorne godziny, umierał z nudów, skręcając małe kawałki metalu, stanowiące prawdopodobnie części zapalników, w pełnej przeciągów, źle oświetlonej hali, w której ponure stukanie młotków zlewało się z muzyką płynącą z teleekranów.

Kiedy spotkali się w wieży kościelnej, mogli wreszcie kontynuować przerwaną konwersację. Było upalne popołudnie. Gorące, duszne powietrze w małym, kwadratowym pomieszczeniu usytuowanym nad dzwonami cuchnęło odchodami gołębi. Rozmawiali przez długie godziny, siedząc na zakurzonej, pokrytej gałązkami podłodze; od czasu do czasu jedno z nich wstawało, żeby wyjrzeć przez któryś z wąskich otworów strzelniczych i sprawdzić, czy nikt nie nadchodzi.

Julia miała dwadzieścia sześć lat. Mieszkała w hostelu z trzydziestoma innymi młodymi kobietami („Stale ten babski smród! Jak ja nie cierpię kobiet!” — mówiła). Pracowała, jak odgadł, przy maszynach do pisania powieści w Departamencie Fikcji. Lubiła swoją pracę, polegającą zasadniczo na obsługiwaniu i serwisowaniu potężnego, ale kapryśnego silnika elektrycznego. Nie była szczególnie bystra, lubiła za to pracę fizyczną i znała się na maszynach. Była w stanie opisać cały proces powstawania powieści, począwszy od nadejścia zlecenia z Komitetu Planowania, aż po ostatnie poprawki, dokonywane przez zespół redakcyjny. Nie interesowała się produktem końcowym, mówiła, że nie przepada za czytaniem. Książki były towarem, który należało wyprodukować, tak samo jak dżem albo sznurowadła.

Najwcześniejsze wspomnienia Julii dotyczyły początku lat sześćdziesiątych, a jedyną znaną jej osobą, która często wspominała czasy sprzed Rewolucji, był jej dziadek. Znikł, kiedy miała osiem lat. W szkole została kapitanką drużyny hokejowej; dwa lata z rzędu wygrywała zawody gimnastyczne. W Szpiegach pełniła funkcję zastępowej, a w Lidze Młodzieżowej — jeszcze przed wstąpieniem do Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej — kierowniczki sekcji. Zawsze wykazywała się wyjątkowym charakterem. Wybrano ją nawet (co dowodziło jej nieskazitelnej reputacji) do pracy w Pornokomie, czyli dziale Departamentu Fikcji, zajmującym się produkowaniem taniej pornografii dla proli. Pracownicy Pornokomu mówili o nim „syfiarnia” — dorzuciła. Została tam rok, uczestnicząc w przygotowaniu szczelnie zapakowanych książeczek o tytułach typu Historia klapsa albo Pewnej nocy w internacie. Były one następnie potajemnie kupowane przez chłopaków z plebsu, przekonanych, że robią coś nielegalnego.

— Jakie są te książki? — zapytał Winston z zaciekawieniem.

— Straszne szmiry. W sumie to są nudne. Używa się sześciu różnych fabuł, trochę się tylko tasuje elementy. Ja pracowałam wyłącznie przy kalejdoskopach, nigdy nie należałam do zespołu redakcyjnego. Nie mam żadnych zdolności literackich, nawet do pisania czegoś takiego.

Ku swojemu zaskoczeniu Winston dowiedział się, że — poza szefem sekcji — w Pornokomie pracowały same dziewczyny. Uzasadnienie było takie, że mężczyźni byliby bardziej od kobiet narażeni na zepsucie w wyniku kontaktu z ohydnymi treściami; ich popęd seksualny rzekomo trudniej poddawał się kontroli.

— Wolą też nie mieć w ekipie mężatek — dodała. — Bo uważa się, że dziewczęta niezamężne to te czyste. Cóż, tu w każdym razie siedzi jeden wyjątek.

Pierwszy romans miała w wieku szesnastu lat, z członkiem Partii, który następnie popełnił samobójstwo, żeby uniknąć aresztowania.

— I dobrze zrobił — dodała Julia. — Inaczej podczas przesłuchania wydobyliby z niego moje nazwisko.

Potem było wielu innych. Uważała, że życie jest całkiem proste. Ty chcesz dobrze się bawić, „oni”, czyli Partia, chcą ci to uniemożliwić; toteż łamiesz reguły tak pomysłowo, jak potrafisz. To, że „oni” muszą człowiekowi odbierać przyjemność z życia, było dla niej czymś tak samo oczywistym jak fakt, że człowiek będzie unikał przyłapania. Nienawidziła Partii i wyrażała tę nienawiść w ostrych słowach, ale nie dokonywała żadnej ogólniejszej krytyki. Nie interesowała jej partyjna doktryna — poza sytuacjami, kiedy dotyczyła jej własnego życia. Winston zauważył, że nie używa nowomowy, z wyjątkiem paru słów, które weszły już do języka potocznego. Nigdy wcześniej nie słyszała o Bractwie i nie uwierzyła w jego istnienie. Jakąkolwiek próbę zorganizowanej rewolty przeciwko Partii uważała za skazaną na porażkę, a zatem — za głupotę. Najrozsądniej było łamać reguły, a mimo wszystko utrzymywać się przy życiu. Zastanawiał się, jak liczny był w młodszym pokoleniu ten typ ludzi — ludzi, którzy wyrośli w świecie po Rewolucji, nie znali nic prócz zastanej rzeczywistości i akceptowali Partię jako niezmienny fakt (jak woda i powietrze), w związku z czym nie buntowali się przeciwko jej władzy, tylko ją przechytrzali, tak jak królik potrafi zgubić pościg psa.

Nie brali pod uwagę ślubu. Szansa na to była zbyt nikła, żeby ją w ogóle rozważać. Żaden komitet nie usankcjonowałby takiego związku, gdyby nawet jakimś cudem udało się pozbyć Katharine, żony Winstona. Nie było sensu nawet o tym marzyć.

— Jaka była twoja żona? — spytała Julia.

— Była… Wiesz, co w nowomowie znaczy dobromyślful? To słowo opisuje kogoś z natury ortodoksyjnego, niezdolnego do pomyślenia choćby jednej niewłaściwej rzeczy.

— Słowa nie znałam, ale bardzo dobrze znam takich ludzi.

Zaczął opowiadać o swoim małżeństwie, o dziwo jednak Julia wiedziała już całkiem sporo na ten temat. Opisała, zupełnie jakby sama to widziała lub czuła, sztywnienie ciała Katharine pod wpływem jego dotyku i to, że wydawała się z całej siły odpychać go nawet wtedy, gdy leżał w jej objęciach. Rozmawiając z Julią o tych sprawach, Winston nie czuł się zakłopotany; tak czy inaczej wspomnienie Katharine już dawno przestało być bolesne, teraz powodowało tylko niesmak.

— Wytrzymałbym, gdyby nie jedna rzecz — rzekł Winston. Opowiedział jej o drętwej ceremonii, do której Katharine przymuszała go tydzień po tygodniu w wyznaczony wieczór. — Nienawidziła tego, ale nic nie zmusiłoby jej do porzucenia owego zwyczaju. Mówiła na to… Nie zgadniesz.

— Nasz obowiązek wobec Partii — powiedziała Julia.

— Skąd wiesz?

— Ja też chodziłam do szkoły, mój drogi. Począwszy od szesnastolatek, wszystkie dziewczyny raz w miesiącu wysłuchują pogadanek o seksie. W Lidze Młodzieżowej tak samo. Wtłaczają nam te rzeczy do głów latami. Śmiem twierdzić, że w wielu przypadkach to działa. Choć nie można mieć pewności, ludzie są strasznymi hipokrytami.

Następnie rozwinęła tę kwestię. Seksualność była dla Julii najważniejszą sprawą. Kiedy tylko rozmowa schodziła na ten temat, wykazywała się niezwykłą bystrością. W przeciwieństwie do Winstona dobrze rozumiała ukryte znaczenie partyjnego purytanizmu seksualnego. Seks stwarzał swój świat; ponieważ Partia nie mogła go kontrolować, w miarę możliwości oczywiście starała się go zniszczyć. Ale jeszcze ważniejsze było to, że deprywacja seksualna prowadziła do histerii, ta zaś była pożądana, bowiem dawała się przekuć w gorączkę wojenną i uwielbienie dla wodza. Julia ujęła to tak:

— Kiedy się kochasz, zużywasz energię; jesteś potem szczęśliwy i masz wszystko gdzieś. Nie mogą pozwolić, żebyś tak się czuł. Chcą, żebyś przez cały czas kipiał energią. Całe to maszerowanie, wiwatowanie i wymachiwanie flagami to tylko wyraz frustracji seksualnej. Jeśli w środku czujesz się zaspokojony, czemu miałbyś ekscytować się Wielkim Bratem, Planami Trzyletnimi, Dwiema Minutami Nienawiści i całą cholerną resztą?

Winston pomyślał, że to ma sens. Istniał bezpośredni i ścisły związek pomiędzy wstrzemięźliwością seksualną a polityczną ortodoksją. Strach, nienawiść i tę łatwowierność obłąkańców, jakiej Partia wymagała od swoich członków, dawało się utrzymać na odpowiednim poziomie tylko dzięki okiełznaniu potężnego instynktu, który następnie wykorzystywano jako siłę napędową. Popęd seksualny był w oczach Partii niebezpieczny, ale obróciła to na swoją korzyść. Podobnej manipulacji poddano instynkt rodzicielski. Nie dało się całkowicie obalić rodziny; właściwie zachęcano ludzi, by troszczyli się o dzieci w niemal tradycyjny sposób. Natomiast dzieci systemowo nastawiano przeciwko rodzicom. Uczono je szpiegować ich i meldować wszelkie odstępstwa od ortodoksji. W efekcie rodzina stała się przedłużeniem myślopolicji. Była narzędziem umożliwiającym otoczenie człowieka, w dzień i w nocy, informatorami znającymi jego najintymniejsze zwyczaje.

Nagle myśli Winstona powędrowały do Katharine. Katharine bez wątpienia wydałaby go myślopolicji, gdyby tylko nie była zbyt głupia, żeby móc odkryć nieprawomyślność jego przekonań. Jednak przypomniał sobie o niej z powodu duszącego, popołudniowego skwaru, który sprawił, że pot wystąpił mu na czoło. Zaczął opowiadać Julii o czymś, co się stało albo raczej — co się nie stało — innego upalnego popołudnia, przed jedenastu laty.

Miało to miejsce trzy czy cztery miesiące po ich ślubie. Zgubili się podczas pieszej wycieczki gdzieś w hrabstwie Kent. Zostali dosłownie parę minut w tyle za resztą grupy, ale skręcili ze szlaku w niewłaściwą ścieżkę, która doprowadziła ich na skraj starej kopalni kredy. Było to głębokie na dziesięć lub dwadzieścia metrów urwisko z dnem pokrytym głazami. Nie mieli kogo zapytać o drogę. Kiedy tylko Katharine zrozumiała, że się zgubili, stała się bardzo niespokojna. Oddzielenie się od hałaśliwego towarzystwa wycieczkowiczów postrzegała jako wykroczenie. Chciała jak najszybciej zawrócić i szukać ich po drugiej stronie szlaku. Ale Winston zauważył, że w szczelinach skał w dole rosną kępki krwawnicy(57). Jedna z nich była dwukolorowa, kwiaty w barwach fuksji i ceglastej czerwieni zdawały się wyrastać z tego samego korzenia. Nigdy wcześniej nie widział podobnego zjawiska, zawołał więc Katharine, żeby jej to pokazać.

— Spójrz, Katharine! Spójrz na te kwiaty. Tamta kępka, prawie na samym dole. Widzisz, że jest dwukolorowa?

Katharine zdążyła już ruszyć w drogę powrotną, zawróciła jednak na moment, choć była bardzo spięta. Przechyliła się nawet lekko nad urwiskiem, żeby zobaczyć, co Winston tam pokazuje. Stał tuż za nią; objął ją w talii, żeby poczuła się pewniej. I właśnie wtedy dotarło do niego z całą mocą, że są zupełnie sami. Nie było w pobliżu żadnej istoty ludzkiej, nie poruszał się żaden liść, nie śpiewał żaden ptak. Ryzyko, że w takim miejscu znajduje się mikrofon, było minimalne, a nawet jeśli — wychwyciłby tylko dźwięki. Trwała najgorętsza, najbardziej senna, popołudniowa godzina. Słońce oblewało ich swoim żarem, kropelki potu łaskotały twarz Winstona. Przyszło mu do głowy…

— Czemu jej, u licha, nie zepchnąłeś? — spytała Julia. — Ja bym to zrobiła.

— Tak, moja droga, ty byś to zrobiła. I ja bym to zrobił, gdybym wtedy był tym człowiekiem, którym jestem dzisiaj. Albo… Nie jestem pewien.

— Żałujesz, że tego nie zrobiłeś?

— Tak, w sumie żałuję.

Siedzieli jedno obok drugiego na zakurzonej podłodze. Przyciągnął ją do siebie. Oparła głowę na jego ramieniu, przyjemny zapach jej włosów wygrywał z odorem gołębich odchodów. Pomyślał, że jest bardzo młoda, nadal jeszcze oczekuje czegoś od życia, nie rozumie, że zepchnięcie niepożądanej osoby ze skały nie jest żadnym rozwiązaniem.

— Właściwie to by niczego nie zmieniło — powiedział.

— Więc dlaczego żałujesz?

— Tylko dlatego, że wolę „tak” od „nie”. W grze, w którą gramy, nie ma zwycięzców. Pewne formy klęski są lepsze od innych, to wszystko.

Poczuł drgnięcie jej ramion — jakby w geście sprzeciwu. Kłóciła się z nim, kiedy mówił podobne rzeczy. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że wszyscy muszą ponieść porażkę. Niby zdawała sobie sprawę, że sama też jest zgubiona, że prędzej czy później myślopolicja złapie ją i zabije, ale w zakamarkach jej umysłu tliła się wiara, że da się zbudować sekretny świat, że możliwe jest życie w zgodzie z własnymi pragnieniami. Potrzeba tylko przychylności losu, sprytu i odwagi. Nie rozumiała, że szczęście nie istnieje, że zwycięstwo można sobie wyobrazić tylko w odległej przyszłości, kiedy od dawna będą już martwi, że od momentu wypowiedzenia wojny Partii lepiej uważać się za trupa.

— Wszyscy jesteśmy martwi — powiedział.

— W tej chwili jeszcze nie jesteśmy martwi — odparła Julia prozaicznie.

— Fizycznie — nie. Fizycznie będziemy żywi przez następne sześć miesięcy, rok, może nawet pięć lat. Boję się śmierci. Jesteś młoda, więc przypuszczalnie boisz się bardziej niż ja. Oczywiście, że będziemy odsuwać ten moment tak długo, jak się da. Ale to nie robi większej różnicy. Dopóki ludzie są ludźmi, życie i śmierć są tym samym.

— Bzdury! Wolałbyś przespać się ze mną czy z kościotrupem? Czy życie nie sprawia ci przyjemności? Nie lubisz czuć: to ja, to moja dłoń, to moja noga. Jestem rzeczywisty, jestem ciałem, jestem żywy! Nie lubisz tego?

Odwróciła się i przylgnęła do niego całym ciałem. Wyczuwał przez kombinezon kształt jej piersi, dojrzałych, ale jeszcze jędrnych. Miał wrażenie, że udziela mu się odrobina jej młodości i wigoru.

— Tak, lubię.

— Więc nie mów już o umieraniu. Słuchaj, kochany, musimy dograć szczegóły następnego spotkania. W sumie możemy wrócić do kryjówki w lesie. Odczekaliśmy wystarczająco długo. Ale tym razem musisz tam dotrzeć inną drogą. Mam to wszystko zaplanowane. Wsiadasz w pociąg… Zaraz, narysuję ci to.

Praktyczna, jak to ona, patykiem wyciągniętym z gołębiego gniazda zaczęła kreślić mapę na zakurzonej podłodze.

57) krwawnica (łac. Lythrum salicaria) — roślina z rodziny krwawnicowatych, szeroko rozprzestrzeniona na świecie na terenach podmokłych. [przypis edytorski] [powrót]

4

Winston rozejrzał się po lichym pokoiku nad sklepem pana Charringtona. Ogromne łóżko pod oknem było zaścielone wystrzępionymi kocami, na których przewracał się zagłówek bez pokrowca. Na kominku cykał staromodny zegar z dwunastogodzinną tarczą. W rogu, na składanym stoliku, łagodnie lśnił w półmroku szklany przycisk do papieru, zakupiony podczas poprzedniej wizyty.

We wnęce znajdowała się zdezelowana blaszana kuchenka, rondel i dwa kubki, przyniesione przez pana Charringtona. Winston postawił na palniku garnek z wodą, żeby ją zagotować. Przyniósł ze sobą saszetkę, do której nasypał Kawy Zwycięstwa, i kilka pastylek sacharyny. Zegar wskazywał siódmą dwadzieścia, w istocie była dziewiętnasta dwadzieścia. Julia powinna przyjść za dziesięć minut.

Głupota, co za głupota — powtarzał w myślach — świadoma, bezsensowna, samobójcza głupota! Spośród wszystkich możliwych przewin, jakich mógł dopuścić się członek Partii, ta była najtrudniejsza do ukrycia. Najpierw zamajaczyła mu wizja szklanego przycisku, odbijającego się od blatu stolika — tak zrodził się ten pomysł. Tak jak się spodziewał, pan Charrington nie robił żadnego problemu z wynajęciem pokoju. Ewidentnie cieszył się z paru dolarów, które dzięki temu zarobi. Nie wydawał się zszokowany ani też nie stał się obraźliwie poufały, kiedy wyjaśniło się, że Winston potrzebuje lokum, bo ma romans. Unikał kontaktu wzrokowego i posługiwał się ogólnikami. Gdyby mógł, z uprzejmości stałby się niewidzialny. Prywatność, mówił, jest niezwykle cenna. Każdy potrzebuje miejsca, gdzie może od czasu do czasu pobyć w samotności. A kiedy człowiek znajdzie już takie miejsce, wtajemniczeni powinni zatrzymać tę wiedzę dla siebie — to kwestia zwykłej grzeczności. Dodał nawet, wymazując niemal przy tym własne istnienie, że dom ma dwa wejścia. Drugie, do którego trafia się przez ogródek, wychodzi na boczną uliczkę.

Ktoś zaczął śpiewać pod oknem. Winston wyjrzał dyskretnie, chowając się za muślinową firanką. Czerwcowe słońce nadal tkwiło wysoko na niebie, zaś w dole, na zalanym światłem podwórku, uwijała się między balią a sznurkiem monstrualna kobieta o ciemnoczerwonych ramionach. Opasana fartuchem uszytym z jakiegoś worka, przypominała potężną normandzką kolumnę. Wieszała na sznurku kwadratowe kawałki białej tkaniny. Winston poznał, że to pieluchy. Gdy tylko nie trzymała w ustach klipsów do prania, śpiewała mocnym kontraltem:

To był tylko sen,
I przeminął jak kwietniowy dzień,
Ale ten wzrok i te słowa
Wciąż w mym sercu chowam!

Ta melodia rozbrzmiewała w całym Londynie od wielu tygodni. Była to jedna z niezliczonych tego typu pioseneczek, wypuszczanych na użytek proli przez odpowiednią sekcję Departamentu Muzyki. Teksty podobnych utworów generowało urządzenie zwane wersyfikatorem, bez udziału człowieka. Kobieta śpiewała jednak tak ładnie, głosem tak dźwięcznym, że zdołała zamienić tę szmirę w prawdziwą rozkosz dla uszu. Winston słyszał śpiew prolki i szuranie jej butów o bruk, z zewnątrz docierały głosy dzieci, bawiących się na dworze, a z oddali dochodził szum ruchu ulicznego, jednak pokój wydawał się niezwykle cichy, ponieważ nie było w nim teleekranu.

„Co za głupota!”, pomyślał znowu. Bez wątpienia najwyżej w ciągu paru tygodni zostaną przyłapani. Mimo tej pewności, pokusa posiadania kryjówki, własnego miejsca — pod dachem i blisko — była dla nich niemożliwa do przezwyciężenia. Po randce w dzwonnicy przez pewien czas w ogóle nie udawało im się spotkać. Przed Tygodniem Nienawiści godziny pracy zostały drastycznie wydłużone. Został jeszcze miesiąc, ale prowadzone na gigantyczną skalę skomplikowane przygotowania wymagały od wszystkich dodatkowego wysiłku. Wreszcie obojgu udało się wziąć wolne tego samego popołudnia. Uzgodnili, że wrócą na polanę w lesie. W wieczór poprzedzający planowaną schadzkę spotkali się przelotnie na ulicy. Jak zwykle, Winston prawie nie patrzył na Julię; kiedy dryfowali ku sobie w tłumie przechodniów, kątem oka zauważył jednak, że jest bledsza niż zwykle.

— Nic z tego — wyszeptała, kiedy tylko uznała, że może mówić. — Mam na myśli jutro.

— Co takiego?

— Jutro nie mogę.

— Dlaczego?

— Z prostej przyczyny. Zaczął mi się wcześniej.

Przez moment czuł wściekłość. W ciągu miesiąca, który upłynął od ich spotkania, natura jego pożądania ewoluowała. Ich pierwsze zbliżenie było aktem woli, z początku mało było w nim zmysłowości. Ale po drugim razie wszystko się zmieniło. Zapach jej włosów, smak ust, dotyk skóry zdawały się wypełniać powietrze, którym Winston oddychał. Była mu niezbędnie potrzebna. Pragnął jej, a ponadto czuł, że ma do niej prawo. Kiedy powiedziała, że nie może przyjść, odebrał to jako zdradę. Ale właśnie w tym momencie napierający tłum popchnął go ku niej. Ich dłonie zetknęły się przypadkowo, wtedy ona lekko ścisnęła koniuszki jego palców gestem, który wzbudzał nie tyle pożądanie, co czułość. Dotarło do niego, że kiedy żyje się z kobietą, akurat ten rodzaj rozczarowania jest czymś zwyczajnym i powtarzalnym; wypełniła go tkliwość, jakiej nigdy wcześniej w stosunku do niej nie odczuwał. Fantazjował, że są małżeństwem z dziesięcioletnim stażem. Chciałby iść z nią ulicą tak, jak to właśnie robili, ale otwarcie i bez strachu, rozmawiając o głupstwach i kupując jakieś drobiazgi do domu. Jednak ponad wszystko marzył, by mieli jakieś miejsce, gdzie mogą przebywać sami, nie czując, że za każdym razem zmuszeni są uprawiać seks. Może jeszcze nie wtedy, ale w jakimś momencie następnego dnia przyszedł mu do głowy pomysł wynajęcia pokoju od pana Charringtona. Kiedy zasugerował to Julii, zgodziła się nad wyraz chętnie. Oboje wiedzieli, że to szaleństwo. Zupełnie, jakby świadomie postąpili o krok bliżej ku własnym grobom. I oto Winston siedział na skraju łóżka, czekając na nią i i rozmyślając o kazamatach Ministerstwa Miłości. Dziwne, jak ten nieuchronny koszmar na przemian to pojawiał się, to znikał z jego umysłu. Stanowił część przyszłości, poprzedzającą śmierć w sposób równie nieunikniony, w jaki liczba 99 poprzedza liczbę 100. Nie dało się go uniknąć, co najwyżej można go było odsunąć w czasie, a jednak zamiast tego raz po raz, z pełną świadomością robili coś, co tę przyszłość przybliżało.

Szybkie kroki na schodach. I Julia wpadła do pokoju. Miała ze sobą torbę na narzędzia z grubego, brązowego płótna; czasem nosiła taką, biegając po ministerstwie. Podszedł i przytulił ją, ale wyzwoliła się szybko z jego objęć, ściskając torbę.

— Sekunda — powiedziała. — Tylko coś ci pokażę. Przyniosłeś tę okropną Kawę Zwycięstwa, prawda? Tak właśnie myślałam. Możesz to świństwo wyrzucić, nie przyda się. Patrz.

Opadła na kolana, otworzyła torbę i wysypała znajdujące się na wierzchu śrubokręty i klucze. Pod spodem ukazały się eleganckie, papierowe paczuszki. Podała mu jedną — poczuł coś dziwnego, a jednak znajomego. Pakunek wypełniała ciężka, ziarnista zawartość, ustępująca pod dotykiem.

— Cukier? — zapytał.

— Prawdziwy cukier. Nie sacharyna, cukier. A tu mam bochenek chleba. To prawdziwy, biały chleb, nie nasze zwykłe świństwo. I słoiczek dżemu. Mam też puszkę mleka… Ale zobacz! Z tego jestem naprawdę dumna. Musiałam ją owinąć kawałkiem szmaty, bo…

Nie musiała mu tłumaczyć dlaczego. Zapach już wypełniał pokój — bogaty, ciepły zapach, zdający się emanować z jakichś wczesnodziecinnych wspomnień, który jednak czuło się od czasu do czasu nawet teraz, w tej czy innej alejce, zanim zatrzasnęły się te czy inne drzwi; czasem też na zatłoczonej ulicy, gdzie rozprzestrzeniał się tajemniczo, po czym ginął.

— Kawa — wyszeptał. — Prawdziwa kawa.

— Taka, jaką pije Partia Wewnętrzna. Mam cały kilogram — powiedziała.

— Jak ci się udało zdobyć te wszystkie rzeczy?

— To jest rzeczywistość Partii Wewnętrznej. Te świnie mają dosłownie wszystko. Rzecz jasna, kelnerzy i służący podkradają im frykasy. I zobacz, mam też paczuszkę herbaty.

Winston przykucnął obok Julii. Rozerwał róg opakowania.

— Prawdziwa herbata, nie jeżynowe liście.

— Ostatnio pojawiło się dużo herbaty. Chyba podbili Indie albo coś w tym rodzaju. Ale, kochany, odwróć się na trzy minuty. Usiądź sobie po drugiej stronie łóżka. Nie podchodź do okna. I nie odwracaj się, póki ci nie powiem.

Winston gapił się bezmyślnie w przesłoniętą firanką szybę. W dole kobieta o purpurowych ramionach nadal krzątała się między balią a sznurem do wieszania bielizny. Wyjęła z ust jeszcze dwie klamerki i zaśpiewała z przejęciem:

Mówią, że czas wszystko leczy,
Że wszystko przyjdzie zapomnieć,
Lecz lata uśmiechów i łez
W mych uszach będą trwać wiecznie!

Najwyraźniej całą tę szmirowatą piosenkę znała na pamięć. Jej głos unosił się wraz z balsamicznym, letnim powietrzem, bardzo dźwięczny, naładowany jakąś pogodną melancholią. Miało się wrażenie, że mogłaby wieszać to swoje pranie przez następne tysiąc lat, że byłaby szczęśliwa, przypinając do sznura kolejne pieluchy i wyśpiewując głupoty, gdyby tylko ten czerwcowy wieczór chciał trwać i trwać. Winstona uderzyła myśl, że nigdy nie słyszał członka Partii śpiewającego spontanicznie, w pojedynkę. Byłoby to wręcz niepoprawne, stanowiłoby przejaw niebezpiecznego dziwactwa, jak mówienie do samego siebie. Może tylko skrajnie ubodzy ludzie odczuwali potrzebę śpiewu.

— Już możesz patrzeć — powiedziała Julia.

Spojrzał na nią, ale przez moment prawie jej nie poznał. Spodziewał się, że zobaczy ją rozebraną, jednak nie była naga. Przemiana, która w niej zaszła, była o wiele bardziej uderzająca: umalowała się.

Widocznie wślizgnęła się do jakiegoś sklepiku w prolskiej dzielnicy i kupiła sobie kosmetyki do makijażu. Jej usta były ciemnoczerwone, policzki podkreślone różem, nos upudrowany. Podmalowała też oczy, przez co stały się bardziej lśniące. Nie był to perfekcyjnie wykonany wizaż, ale też oczekiwania Winstona w tej kwestii były minimalne. Nigdy dotąd nie widział — ani nawet nie wyobrażał sobie — umalowanej kobiety z Partii. Wygląd Julii spektakularnie się poprawił. Wystarczyło trochę koloru tu i tam, a stała się nie tylko piękniejsza, ale przede wszystkim bardziej kobieca. Krótkie włosy i chłopięcy kombinezon dodatkowo podkreślały ten efekt. Kiedy wziął ją w ramiona, poczuł syntetyczną woń fiołków. Przypomniał sobie półmrok sutereny i pustą jamę ust tamtej kobiety. Julia użyła dokładnie tego samego zapachu, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia.

— Nawet perfumy! — powiedział.

— Owszem, najdroższy, nawet perfumy. A wiesz, co jeszcze zrobię? Zdobędę prawdziwy kobiecy szlafroczek i będę go zakładała zamiast tych przeklętych portek. Będę nosić jedwabne pończochy i pantofle na wysokich obcasach! W tym pokoju nie będę towarzyszką z Partii. Będę tu kobietą.

Zrzucili ubrania i wspięli się na ogromne, mahoniowe łoże. Pierwszy raz widziała go zupełnie nago. Wcześniej wstydził się swojego bladego i mizernego ciała, żylaków znaczących łydki i brązowej plamy nad kostką. Nie mieli prześcieradła, ale koc, na którym leżeli, był cienki i gładki, zaś rozmiar i sprężystość łóżka zaskoczyły ich oboje. „Pełno w nim pewnie robactwa, ale co z tego?”, powiedziała Julia. Nie widywało się już podwójnych łóżek, poza domami proli. Winston sypiał czasem na takim w dzieciństwie; Julia, o ile pamięć jej nie myliła, nigdy w życiu nie leżała w tak ogromnym łożu.

Wkrótce zmorzył ich sen. Po przebudzeniu Winston zobaczył, że wskazówki zegara zbliżają się do godziny dziewiątej. Nie poruszył się, bo Julia spała z głową w zgięciu jego ramienia. Makijaż starł się prawie zupełnie, pozostawiając ślady na twarzy Winstona i na zagłówku, wciąż jednak resztka różu podkreślała urodę jej kości policzkowych. Promień zachodzącego słońca przeciął skraj łóżka i oświetlił kominek, na którym w garnku gotowała się woda. Kobieta na dole zamilkła, z ulicy dobiegały jeszcze stłumione pokrzykiwania dzieci. Zastanawiał się, czy w dawnych, zapomnianych czasach takie doświadczenie było czymś powszednim, czy kobiety i mężczyźni zwykli leżeć razem nago, w chłodzie letniego wieczora i kochać się, kiedy przyszła im na to ochota; czy gawędzili, o czym tylko chcieli, nie martwiąc się, że zaraz trzeba będzie wstać; czy nasłuchiwali stłumionych odgłosów ulicy? Coś takiego nigdy przecież nie mogło uchodzić za zwyczajne. Julia obudziła się, przetarła oczy i opierając się na łokciu, popatrzyła na kuchenkę.

— Połowa wody już się wygotowała — powiedziała. — Wstanę i zrobię kawę. Mamy jeszcze godzinę. O której gaszą światła w twoim bloku?

— O 23.30.

— U mnie o 23.00. Ale muszę wrócić wcześniej, bo… Hej, zmiataj stąd, wstręciuchu!

Gwałtownie przekręciła się na łóżku, żeby podnieść z podłogi but; następnie cisnęła nim z całej siły w kąt pokoju z tym samym chłopięcym rozmachem, z jakim rzuciła niegdyś słownikiem w Goldsteina podczas Dwóch Minut Nienawiści.

— Co to było? — spytał zaskoczony.

— Szczur. Wytknął swój obrzydliwy nos zza listwy. Widocznie jest tam dziura. Przynajmniej go wystraszyłam!

–- Szczury! — szepnął Winston. — W tym pokoju!

— Wszędzie ich pełno — powiedziała Julia obojętnie, opadając na łóżko. — Mamy je nawet w kuchni naszego hostelu. Niektóre dzielnice Londynu po prostu roją się od nich. Wiesz, że atakują dzieci? A i owszem. Są takie ulice, gdzie kobieta nie może zostawić dziecka samego nawet na chwilę. Najstraszniejsze są te ogromne i brązowe. Najgorsze, że te parszywce…

— Przestań — poprosił Winston z przymkniętymi oczami.

— Najdroższy! Bardzo zbladłeś. Co się stało? Brzydzą cię?

— Spośród wszystkich okropieństw świata szczury są najokropniejsze!

Julia przytuliła się do Winstona i oplotła go ramionami, jakby próbowała ciepłem swojego ciała dodać mu otuchy. Nie od razu otworzył oczy. Przez parę chwil miał wrażenie, że znalazł się wewnątrz koszmarnego snu, który nawiedzał go od czasu do czasu przez całe życie. Zawsze wyglądało to mniej więcej tak samo. Winston stał naprzeciwko ściany mroku, zaś po drugiej stronie czaiło się coś tak niewyobrażalnie potwornego, że bał się nawet spojrzeć. Miał w tym śnie świadomość, że sam siebie oszukuje, w istocie bowiem wiedział, co znajduje się po drugiej stronie muru ciemności. Dokonując potwornego wysiłku, tak brutalnego, jakby miał wyrwać sobie kawałek mózgu, mógłby tę rzecz wyciągnąć na światło. Budził się zawsze, zanim do tego doszło, a mimo to czuł, że ten sen wiąże się z tym, o czym mówiła Julia, zanim jej przerwał.

— Przepraszam — powiedział. — To nic takiego. Po prostu nie lubię szczurów.

— Nie martw się, najdroższy, nie będzie tu tych parszywców. Zanim wyjdziemy, zatkam dziurę kawałkiem worka. Następnym razem przyniosę gips i porządnie ją zalepię.

Winston już prawie zapomniał o ataku mrocznej paniki. Trochę się go wstydząc, usiadł i oparł się o wezgłowie. Julia wstała, naciągnęła kombinezon i zaparzyła kawę. Unoszący się z garnka zapach był tak silny i wspaniały, że zamknęli okno, żeby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi. Kawa miała cudowny smak, ale jeszcze rozkoszniejsza była jedwabistość, jaką nadawał jej cukier — coś, czego Winston po latach używania sacharyny prawie nie pamiętał. Z jedną ręką w kieszeni, a w drugiej trzymając pajdę chleba z dżemem, Julia lustrowała pokój. Rzuciła obojętne spojrzenie półce z książkami, wyjaśniła, jak najlepiej naprawić rozkładany stół, opadła na sfatygowany fotel, żeby sprawdzić, czy jest wygodny, i z pewnym rozbawieniem przyjrzała się absurdalnemu zegarowi z dwunastogodzinną tarczą. Przyniosła szklany przycisk do łóżka, żeby zobaczyć go w lepszym świetle. Winston wyjął go z jej rąk, jak zawsze zauroczony miękkim wyglądem szkła, przywodzącym na myśl deszcz.

— Jak myślisz, do czego to służy? — zapytała Julia.

— Do niczego. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek go używano. To mi się właśnie podoba. Okruch historii, o którym zapomnieli. Wiadomość sprzed stu lat, gdybyśmy tylko umieli ją odczytać!

— A ten obrazek — wskazała głową rycinę na przeciwległej ścianie — też jest taki stary?

— Starszy. Myślę, że może mieć dwieście lat. Ale nie mam pewności, dziś nie da się tego sprawdzić.

Podeszła, żeby przyjrzeć mu się z bliska.

— O, tutaj bestia wystawiła nos. — powiedziała, kopiąc w listwę dokładnie pod obrazkiem. — Co to za miejsce? Już to gdzieś widziałam.

— To kościół, w każdym razie dawniej ten budynek był kościołem. Kościół świętego Klemensa. — Przypomniał mu się fragment wierszyka, którego nauczył go pan Charrington. Dodał nieco nostalgicznie: Biją dzwony u Klemensa, że mi jesteś winien pensa.

Ku jego zaskoczeniu, Julia podchwyciła:

Pomarańcze i cytryny, biją dzwony u Marcina.
Biją dzwony u Klemensa, że mi jesteś winien pensa.
Grożą dzwony Baileya(58), dłużnikowi przyleję!

— Nie pamiętam, jak to dalej idzie, ale przypominam sobie końcówkę: To jest świeca, która świeci smutnie, oto tasak, co ci głowę utnie. Zupełnie jak hasło i odzew. Ale po „Baileyu” na pewno był jeszcze jeden wers. Może dałoby się go wydobyć z pamięci pana Charringtona, gdyby go odpowiednio zachęcić.

— Kto cię tego nauczył? — zapytał.

— Dziadek. Recytował mi ten wierszyk, kiedy byłam dzieckiem. Ewaporowano go, gdy miałam osiem lat, a w każdym razie wtedy przepadł. Ciekawe, co to cytryny — dodała, zmieniając temat. — Pomarańcze widziałam. To takie okrągłe, ciemnożółte owoce z grubą skórką.

— Pamiętam cytryny — powiedział Winston. — W latach pięćdziesiątych było ich pod dostatkiem. Były tak kwaśne, że zęby bolały od samego patrzenia.

— Założę się, że za tym obrazkiem jest pełno robactwa — powiedziała Julia. — Któregoś dnia zdejmę go i zrobię tam porządek. Chyba powinniśmy już iść. Muszę zmyć ten makijaż. Ależ to upierdliwe. Potem wytrę szminkę z twojej twarzy.

Winston nie wstawał jeszcze przez kilka minut. W pokoju robiło się coraz ciemniej. Odwrócił się w stronę światła i wpatrzył w szklany przycisk do papieru. To nie fragment koralowca tak go nieskończenie interesował, a samo wnętrze szkła. Miało w sobie głębię, a jednak było przejrzyste jak powietrze. Zupełnie jakby szklana powierzchnia stanowiła sklepienie niebieskie, otaczające maleńki świat z własną atmosferą. Wydawało mu się, że mógłby dostać się do środka — w istocie, że znajduje się w środku — wraz z mahoniowym łożem i składanym stołem, zegarem, ryciną, a także z samym przyciskiem. Ten przedmiot był pomieszczeniem, w którym Winston przebywał, a koralowiec to jego życie z Julią, utrwalone w swoistej wieczności serca kryształowej kuli.

58) Bailey — tu: właśc. Holy Sepulchre a. Saint Sepulchre-without-Newgate, największy anglikański kościół parafialny w londyńskim City; znajduje się w pobliżu historycznego sądu Old Bailey. [przypis edytorski] [powrót]

5

Syme zniknął. Pewnego ranka nie pojawił się w pracy; kilka nierozważnych osób skomentowało jego nieobecność, ale następnego dnia nikt już nic nie mówił. Trzeciego dnia Winston postanowił zerknąć na tablicę ogłoszeń, znajdującą się przy wejściu do Departamentu Archiwów. Wisiała tam między innymi lista członków Komitetu Szachowego, w skład którego wchodził Syme. Wyglądała dokładnie tak samo, jak wcześniej — nie było na niej żadnego skreślenia — została po prostu skrócona o jedno nazwisko. I tyle. Syme przestał istnieć. Nigdy nie istniał.

Zrobiło się upalnie. W pozbawionych okien, klimatyzowanych pomieszczeniach ministerstwa temperatura była stale taka sama, ale na zewnątrz chodniki parzyły w stopy, a w metrze w godzinach szczytu czuć było przeraźliwy smród. Przygotowania do Tygodnia Nienawiści szły pełną parą, urzędnicy wszystkich ministerstw zostawali w pracy po godzinach. Trzeba było przygotować procesje, spotkania, parady wojskowe, wykłady, wystawy figur woskowych, pokazy filmów, programy do wyemitowania przez teleekrany; należało ustawić trybuny, wykonać kukły wrogów, stworzyć nowe hasła, napisać piosenki, rozpuścić plotki i sfabrykować zdjęcia. Sekcja, w której pracowała Julia w Departamencie Fikcji, musiała zawiesić produkcję powieści, a zamiast tego szykowała w błyskawicznym tempie serię broszur o zbrodniach popełnionych przez wrogów Oceanii. Winston, poza swoimi zwykłymi obowiązkami, każdego dnia spędzał długie godziny na przeglądaniu dawnych wydań „Timesa”, w których modyfikował i ubarwiał artykuły, przeznaczone do zacytowania w przemówieniach. Późnym wieczorem, kiedy wylegali na ulice hałaśliwi prole, czuło się, że miasto ogarnęła swoista gorączka. Rakiety spadały częściej niż zwykle; czasem w oddali widziało się ogromne eksplozje, których nikt nie umiał wyjaśnić, toteż krążyły o nich dziwaczne pogłoski.

Skomponowano już nową melodię, która miała stać się hymnem Tygodnia Nienawiści (nazywaną Pieśnią Nienawiści) i bez przerwy nadawano ją przez teleekrany. Dziki, wyszczekany rytm nie kojarzył się z muzyką, co najwyżej z biciem werbli. Kiedy wydobywała się z setek gardeł, wrzeszczących w rytm maszerujących stóp, budziła przerażenie. Spodobała się prolom i o północy skutecznie konkurowała na ulicach z przebojem To był tylko sen, nadal popularnym. Dzieciaki Parsonsów dzień i noc wygrywały ją na grzebieniu i kawałku papieru toaletowego, nie dało się tego wytrzymać. Wieczory Winston miał teraz ciągle zajęte. Zorganizowane przez Parsonsów grupy ochotników przygotowały ulicę do Tygodnia Nienawiści, szyjąc transparenty, malując plakaty, montując na dachach maszty do wywieszania flag i rozciągając w poprzek ulicy druty do zaczepienia serpentyn, co wiązało się z ryzykiem wypadku. Parsons chwalił się, że sama tylko Rezydencja Zwycięstwa zużyje na dekoracje czterysta metrów płótna. Był w swoim żywiole — jak ryba w wodzie. Upalna pogoda i praca fizyczna dostarczały mu pretekstu, by wieczorami nosić szorty i rozpiętą koszulę. Wszędzie było go pełno — a to coś przesuwał, a to ciągnął, piłował, wbijał gwoździe, wpadał na nowe pomysły i przyjacielskimi okrzykami dopingował kolegów; z każdego fałdu skóry tryskał niewyczerpanym strumieniem cuchnącego, kwaśnego potu.

W całym Londynie pojawił się nagle nowy plakat. Nie miał żadnego podpisu i przedstawiał jedynie monstrualną, wysoką na trzy lub cztery metry postać maszerującego eurazjatyckiego żołnierza, o pozbawionej wyrazu mongolskiej twarzy, w ogromnych butach, z pistoletem maszynowym wspartym na biodrze. Skąd by się nie patrzyło, lufa, powiększona przez skrót perspektywiczny, celowała człowiekowi prosto w twarz. Porozlepiano te plakaty dosłownie wszędzie, gdzie tylko zostało trochę miejsca, były nawet liczniejsze od portretów Wielkiego Brata. Próbowano rozniecić w prolach, zwykle obojętnych na kwestię wojny, świeży płomień patriotycznej gorączki. Nienawistny nastrój podsycały także spadające na miasto rakiety, których eksplozje powodowały większą niż zwykle liczbę ofiar. Jedna uderzyła w zatłoczone kino w Stepney(59), grzebiąc pod gruzami kilkaset osób. W wielogodzinnym pogrzebie zabitych, który przerodził się w gniewną demonstrację, uczestniczyła cała dzielnica. Eksplozja innej rakiety nad nieużytkiem, na którym urządzono plac zabaw, rozerwała na strzępy kilkadziesiąt dzieci. Odbyły się kolejne, pełne wściekłości, demonstracje; palono kukły Goldsteina, darto i wrzucano w ogień setki plakatów z eurazjatyckim żołnierzem, plądrując przy okazji kilka sklepów. Następnie pojawiły się plotki, że to szpiedzy sterowali rakietami za pomocą fal radiowych. W konsekwencji podpalono dom starego małżeństwa, które podejrzewano o obce pochodzenie. Oboje zmarli z powodu zaczadzenia.

Kiedy udawało im się dotrzeć do pokoju nad sklepem pana Charringtona, Julia i Winston zrzucali ubrania i kładli się obok siebie na łóżku, niczym się nawet nie okrywając — tak bardzo pragnęli chłodu. Szczur już więcej się nie pojawił, za to w upale okropnie rozpleniły się pluskwy. Dla Julii i Winstona nie miało to większego znaczenia. Czysty czy brudny, ten pokoik był ich rajem. Gdy tylko tam docierali, posypywali wszystko kupionym na czarnym rynku pieprzem, zdzierali z siebie ubrania i kochali się. Zasypiali spoceni, a kiedy się budzili, odkrywali nowe armie robactwa gotowe do kontrofensywy.

W czerwcu spotkali się — cztery, pięć, sześć — może siedem razy. Winston porzucił zwyczaj popijania ginu o każdej porze dnia. Już tego nie potrzebował. Przytył nieco, owrzodzenie nad kostką znikło, pozostawiając tylko brązowe odbarwienie, ustąpiły też poranne ataki kaszlu. Życie i wszystkie związane z nim czynności przestały być nieznośne, Winston nie odczuwał więcej pokusy, żeby robić głupie miny do teleekranu ani żeby na cały głos wykrzykiwać przekleństwa. Teraz, kiedy mieli bezpieczną kryjówkę, prawie dom, nie ciążył mu nawet fakt, że przebywali w nim rzadko i za każdym razem najwyżej przez parę godzin. Ważne było, że pokój nad sklepem z rupieciami istnieje. Wiedzieć, że mają do niego dostęp tylko oni, nikt inny — to prawie jakby w nim przebywać. Pokój był światem, niszą, w której przetrwała przeszłość i dawno wymarłe gatunki. Pan Charrington zapewne należał do jednego z nich. Po drodze na górę Winston zwykle zatrzymywał się, żeby zamienić z nim parę słów. Staruszek chyba nigdy nie opuszczał rupieciarni, choć prawie nie miał klientów. Egzystował jak duch, przemykając między malutkim, ciemnym sklepem i jeszcze mniejszą kuchnią na tyłach domu, gdzie przygotowywał sobie posiłki. Znajdował się tam między innymi niewiarygodnie stary gramofon z olbrzymią tubą. Pan Charrington chyba cieszył się, że może z kimś pogadać. Kręcąc się pośród bezwartościowych przedmiotów, w okularach z grubymi szkłami zatkniętymi na długim nosie, w aksamitnej marynarce na przygarbionych ramionach, sprawiał wrażenie raczej kolekcjonera niż handlarza. Z pewnego rodzaju wyblakłym entuzjazmem brał do ręki coraz to inny rupieć — porcelanowy korek do butelki, malowane wieczko popsutego pudełka na tabakę, tombakowy(60) wisiorek z zamkniętym w środku pasmem włosów jakiegoś dawno nieżyjącego dziecka — nigdy nie namawiając Winstona do zakupu, a jedynie do podziwiania. Rozmowa z nim przypominała słuchanie uszkodzonej pozytywki. Wyciągał z zakamarków pamięci coraz to nowe fragmenty zapomnianych wierszy. Jeden był o dwudziestu czterech kosach, inny o krowie z zakręconym rogiem, a jeszcze inny o śmierci nieszczęsnego rudzika(61). „Pomyślałem sobie, że to może was zainteresować”, mówił, uśmiechając się nieśmiało, po czym przytaczał jakiś nowy kawałek. Ale nigdy nie pamiętał więcej niż parę linijek danego wiersza.

Oboje wiedzieli — w jakimś sensie ta myśl nigdy ich nie opuszczała — że ich obecna sytuacja nie może trwać w nieskończoność. Niekiedy czuli nadchodzącą, rychłą śmierć tak samo namacalnie jak łóżko, na którym leżeli, a wtedy lgnęli do siebie z rozpaczliwą namiętnością, jak potępione dusze, rzucające się na ostatni ochłap rozkoszy tuż przed wybiciem ich godziny. W innych chwilach ulegali złudzeniu, że są bezpieczni, a nawet, że ich szczęście jest trwałe. Czuli, że dopóki znajdują się w tym pokoju, nie grozi im nic złego. Droga prowadząca do kryjówki była trudna i niebezpieczna, ale sam pokój — święty. To właśnie zobaczył Winston, wpatrując się w serce szklanego przycisku do papieru i wyobrażając sobie, że tam, wewnątrz, czas się zatrzymał. Często fantazjowali o ucieczce. Marzyli, że ich szczęście nigdy się nie skończy i będą mogli być razem do późnej starości. Albo że Katharine umrze i dzięki sprytnym manewrom Winston i Julia zdołają się pobrać. Lub że razem popełnią samobójstwo. Że znikną, zmienią się nie do poznania, nauczą się mówić z prolskim akcentem, znajdą zatrudnienie w fabryce i będą sobie żyli, anonimowi, w którejś z małych uliczek na uboczu. Oboje zdawali sobie sprawę, że te mrzonki nie mają najmniejszego sensu. W rzeczywistości nie dało się uciec. Nie mieli zamiaru zrealizować nawet tego jedynego planu, który faktycznie dałoby się przeprowadzić, czyli samobójstwa. Trwać dzień po dniu i tydzień po tygodniu, w teraźniejszości pozbawionej jakiejkolwiek przyszłości — tak nakazywał im instynkt równie silny jak ten, który sprawia, że człowiek, póki ma dostęp do powietrza, łapie kolejny oddech.

Czasami rozważali aktywne zaangażowanie się w ruch opozycyjny, jednak nie mieli pojęcia, jak zrobić pierwszy krok. Nawet jeśli legendarne Bractwo naprawdę istniało, pozostawała kwestia nawiązania kontaktu. Winston opowiedział Julii o dziwnej zażyłości, która wytworzyła się — lub tylko tak mu się zdawało — pomiędzy nim a O'Brienem, i o pokusie, którą niekiedy odczuwał, żeby po prostu podejść do niego, oznajmić, że jest wrogiem Partii i poprosić o pomoc. O dziwo, ten pomysł nie wydał jej się wcale absurdalny. Miała wprawę w ocenianiu ludzi po wyrazie twarzy. Fakt, że Winston gotów jest zaufać O'Brienowi na podstawie jednego błysku w oczach, uznała za całkiem naturalny. Co więcej, była przekonana, że każdy albo prawie każdy nienawidził Partii i łamałby jej reguły, gdyby uważał to za bezpieczne. Nie wierzyła jednak w istnienie ani nawet w możliwość istnienia masowej, zorganizowanej opozycji. Opowieści o Goldsteinie i jego podziemnej armii były, jej zdaniem, wymysłami, sfabrykowanymi przez Partię dla własnych celów, a wszyscy musieli udawać, że w nie wierzą. Na niezliczonych wiecach partyjnych, krzycząc co sił w płucach, domagała się egzekucji osób, których nazwisk nigdy wcześniej nie słyszała, za rzekome przewiny, w których prawdziwość ani trochę nie wierzyła. Kiedy odbywały się procesy pokazowe, przyłączała się do szeregów Ligi Młodzieżowej, otaczających sądy od rana do nocy, i wykrzykiwała wraz z innymi: „Śmierć zdrajcom!”. Podczas Dwóch Minut Nienawiści zacieklej niż inni mieszała z błotem Goldsteina. Ale miała tylko mgliste pojęcie o tym, kim jest Goldstein i jakie rzekomo reprezentuje poglądy. Dorastała już po Rewolucji, a więc była za młoda, żeby pamiętać ideologiczne spory lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Istnienie niezależnego ruchu politycznego nie mieściło jej się w głowie; zresztą tak czy inaczej Partia była niepokonana. Zawsze będzie istniała i zawsze będzie taka sama. Można się było buntować jedynie poprzez ukradkową niesubordynację, w najlepszym razie poprzez pojedyncze akty przemocy, takie jak zabicie kogoś lub wysadzenie w powietrze jakiegoś obiektu.

W jakimś sensie Julia była bystrzejsza od Winstona i o wiele mniej podatna na partyjną propagandę. Któregoś razu, kiedy w pewnym kontekście wspomniał o wojnie przeciw Eurazji, wprawiła go w osłupienie stwierdzeniem, że jej zdaniem nie toczy się żadna wojna. Rakiety, spadające każdego dnia na Londyn, są prawdopodobnie wystrzeliwane przez rząd Oceanii, „po prostu żeby ludzi zastraszyć”. Coś takiego nigdy wcześniej nawet nie zamajaczyło mu w głowie. Poza tym Julia wzbudziła jego zazdrość, wyznając, że podczas Dwóch Minut Nienawiści odczuwa potężną pokusę, żeby gruchnąć śmiechem. Nie kwestionowała jednak partyjnej doktryny, o ile nie dotyczyła w jakiś sposób jej samej. Często akceptowała oficjalną narrację tylko dlatego, że różnica między fikcją a prawdą niezbyt ją interesowała. Na przykład wierzyła, jak uczono w szkole, że to Partia wynalazła samoloty. (W późnych latach pięćdziesiątych, kiedy Winston chodził do szkoły, przypisywano Partii jedynie wynalezienie helikoptera; kilkanaście lat później, w szkolnych czasach Julii, poszerzono partyjną innowacyjność o samolot, w kolejnym pokoleniu pewnie dodadzą silnik spalinowy). Kiedy powiedział jej, że samoloty istniały już przed jego urodzeniem, na długo przed Rewolucją, uznała ten fakt za zupełnie nieinteresujący. W końcu kogo to obchodziło, kto i kiedy wynalazł samolot? Bardziej go jednak zszokowało, gdy dzięki jakiejś rzuconej przez Julię uwadze zorientował się, że nie pamięta ona, iż cztery lata wcześniej Oceania walczyła z Azją Wschodnią i była w stanie pokoju z Eurazją. To prawda, całą tę wojnę uważała za mistyfikację, dziwiło go jednak, że nie zauważyła, kiedy zmieniła się tożsamość wroga. „Myślałam, że zawsze walczyliśmy z Eurazją”, powiedziała niepewnie. Trochę go to przestraszyło. Wynalezienie samolotów dotyczyło okresu na długo przed jego narodzinami, ale zwrot w stosunkach militarnych miał miejsce zaledwie cztery lata temu, Julia była już wtedy zupełnie dorosła. Kłócili się o to może przez kwadrans. Ostatecznie udało mu się pobudzić jej pamięć na tyle, że zamajaczyło w niej wspomnienie czasów, kiedy to Azja Wschodnia, a nie Eurazja, była wrogiem. Jednak i tak nie uznała tego za istotne.

— Kogo to obchodzi? — zapytała zniecierpliwiona. — Zawsze toczy się jakaś wojna, a przecież jest jasne, że wiadomości to same kłamstwa.

Czasem opowiadał Julii o bezczelnych fałszerstwach, jakich dopuszczał się, pracując dla Departamentu Archiwów. Raczej jej to nie szokowało. Otchłań nie otwierała się pod jej stopami na myśl o kłamstwach, które stają się prawdą. Opisał jej sprawę Jonesa, Aronsona i Rutheforda i powiedział o niezwykle ważnym skrawku papieru, który zdarzyło mu się trzymać w ręku. Nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Z początku w ogóle nie zrozumiała sedna opowieści.

— To byli twoi kumple? — zapytała.

— Nie, nie znałem ich, co najwyżej z widzenia. Należeli do Partii Wewnętrznej. No i byli o wiele starsi ode mnie. Stanowili cząstkę dawnych czasów, jeszcze sprzed Rewolucji.

— Więc czemu się tak przejąłeś? Przecież codziennie zabijają ludzi.

Starał się wytłumaczyć:

— Ta sprawa była wyjątkowa. Nie chodzi tylko o to, że kogoś zabili. Zdajesz sobie sprawę, że przeszłość, cała historia, poczynając od wczoraj, została unicestwiona? Jeśli coś z niej ocalało, to tylko pojedyncze przedmioty, z którymi nie wiążą się żadne znaczenia, jak ten kawałek szkła. Już prawie nic nie wiemy o Rewolucji czy latach, które ją poprzedzały. Zniszczono bądź sfałszowano każdy dokument, przepisano każdą książkę, przemalowano każdy obraz, każdą rzeźbę, każdą ulicę i każdy budynek przemianowano, każdą datę zmieniono. Ten proces trwa dzień po dniu, minuta po minucie. Historia została zatrzymana. Nie ma nic poza niekończącą się teraźniejszością, w której Partia ma zawsze rację. Wiem oczywiście, że przeszłość została zakłamana, ale nigdy nie mógłbym tego dowieść, nawet w tych przypadkach, kiedy osobiście popełniałem fałszerstwo. Nie zostają po tym żadne ślady. Jedyne świadectwo jest w mojej głowie, a nie mam pewności, czy ktokolwiek podziela moje wspomnienia. Tylko w tym jednym przypadku, raz w życiu, miałem w ręku materialny dowód fałszerstwa po tym, jak go dokonano, wiele lat po fakcie.

— I co z tego wynikło?

— Nic, bo wyrzuciłem go parę minut później. Gdyby to się stało dziś, zachowałbym ten skrawek.

— A ja nie — powiedziała Julia. — Jestem gotowa ryzykować, jeśli gra jest warta świeczki, ale nie dla kawałka starej gazety. Co byś z nim zrobił, gdybyś go zachował?

— Pewnie niewiele. Ale to był dowód. Mógłby tu i ówdzie zasiać wątpliwości, gdybym ośmielił się go komuś pokazać. Nie sądzę, żeby dało się zmienić cokolwiek za naszego życia. Ale można sobie wyobrazić opór kiełkujący to tu, to tam; małe z początku grupki jednoczących się ludzi, które z czasem stają się coraz liczniejsze i może nawet zostawiają po sobie jakieś ślady, żeby następne pokolenie podjęło działania tam, gdzie my je przerwaliśmy.

— Nie obchodzi mnie następne pokolenie, mój drogi. Dbam o nas.

— Buntujesz się tylko od pasa w dół — powiedział.

Julia uznała ten komentarz za błyskotliwie zabawny i objęła go, śmiejąc się. Niuanse partyjnej doktryny nie interesowały jej w najmniejszym stopniu. Kiedy Winston zaczynał snuć rozważania, dotyczące angsocu, dwójmyślenia, zmieniania przeszłości, kiedy mówił o zaprzeczaniu rzeczywistości lub używał nowomowy, czuła się zagubiona. Nudziło ją to, nie zwracała uwagi na takie sprawy. Przecież wiadomo, że to same głupstwa, po co sobie nimi zaprzątać głowę? Wiedziała, kiedy należy wiwatować, a kiedy gwizdać — i to wystarczyło. Miała irytujący zwyczaj zasypiania, kiedy upierał się, żeby ciągnąć któryś z tych tematów. Należała do osób, które mogą zasnąć o każdej porze i w każdej pozycji. Rozmawiając z nią, zaczynał rozumieć, jak łatwo jest udawać wierność doktrynie, jeśli nie ma się bladego pojęcia o jej znaczeniu. Partyjną ideologię najprościej było narzucić ludziom niezdolnym do tego, żeby naprawdę ją zrozumieć. Gotowi byli zaakceptować najbardziej ostentacyjne pogwałcenie zasad rzeczywistości, bo nie docierało do nich, jakich potworności oczekuje od nich Partia, i nie interesowali się życiem publicznym wystarczająco, żeby zauważyć, co się dzieje. Dzięki temu, że nic nie rozumieli, nie wariowali. Po prostu łykali każde kłamstwo, a to, co łykali, nie szkodziło im, bo nie zostawiało po sobie żadnego śladu — jak ziarno kukurydzy przechodzi bez szwanku przez ciało ptaka.

59) Stepney — dzielnica Londynu, położona w gminie London Borough of Tower Hamlets. [przypis edytorski] [powrót]

60) tombakowy — zrobiony z tombaku, stopu miedzi z cynkiem przypominającego złoto. [przypis edytorski] [powrót]

61) rudzik — gatunek ptaka. W oryginale Cock Robin (ang.), ptasi bohater ludowej piosenki angielskiej, pochodzącej z połowy XVIII wieku, który zginął zraniony strzałą. [przypis edytorski] [powrót]

6

Wreszcie zdarzyło się to, na co Winston czekał od dawna — nadeszła oczekiwana wiadomość. Wydawało mu się teraz, że czekał na to przez całe życie.

Szedł długim korytarzem w budynku ministerstwa. Prawie dokładnie w tym miejscu, gdzie Julia wsunęła mu do ręki liścik, zorientował się, że tuż za nim idzie ktoś większy od niego. Ta osoba, kimkolwiek była, odchrząknęła, co ewidentnie zapowiadało, że zaraz się odezwie. Winston zatrzymał się raptownie i spojrzał do tyłu. Za nim znajdował się O'Brien.

Nareszcie stanęli twarzą w twarz i pierwszym impulsem Winstona była ucieczka. Serce waliło mu jak szalone. Nie byłby w stanie wydusić z siebie ani słowa. Tymczasem O'Brien szedł dalej; nie zmieniając tempa, zrównał się z Winstonem i położył przyjaźnie dłoń na jego ramieniu. Przez moment szli w ten sposób obok siebie. W końcu O'Brien odezwał się grzecznym, poważnym tonem, odróżniającym go od większości członków Partii Wewnętrznej.

— Miałem nadzieję, że uda nam się porozmawiać — powiedział. — Parę dni temu czytałem w „Timesie” wasz tekst w nowomowie. Chyba zajmujecie się naukowo tym zagadnieniem?

Winston odzyskał panowanie nad sobą.

— Niezbyt naukowo — odparł. — Jestem tylko amatorem. Nowomowa to nie moja działka. Nigdy nie miałem nic wspólnego z tworzeniem tego języka.

— Ale posługujecie się nim bardzo stylowo — powiedział O'Brien. — To nie tylko moje zdanie. Rozmawiałem niedawno z waszym znajomym, który z pewnością jest ekspertem. Nie pamiętam w tej chwili jego nazwiska.

Serce znów podeszło Winstonowi do gardła. To musiała być aluzja do Syme'a. A Syme nie tylko był martwy — całe jego istnienie zostało unicestwione. Był nieosobą. Wspominając o kimś tego pokroju w tak czytelny sposób, człowiek narażał się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Zatem uwaga rzucona przez O'Briena musiała stanowić zamierzony sygnał — była hasłem. Dzieląc się tym niepozornym aktem myślozbrodni, sprawił, iż stali się współwinni. Szli dalej wolno korytarzem, gdy nagle O'Brien przystanął. Poprawił okulary swoim charakterystycznym, emanującym życzliwością gestem, po czym kontynuował rozpoczęty wątek:

— W istocie, chciałem powiedzieć, że zauważyłem w waszym artykule dwa słowa, które stały się nieaktualne, ale dopiero ostatnio. Czy już widzieliście dziesiąte wydanie Słownika nowomowy?

— Nie — odparł Winston. — Chyba jeszcze nie został wydany. W Departamencie Archiwów nadal używamy dziewiątego wydania.

— Z tego, co mi wiadomo, dziesiąte wydanie ukaże się dopiero za kilka miesięcy, ale krążą już egzemplarze sygnalne. Mam jeden z nich. Może chcielibyście rzucić okiem?

— Tak, bardzo — powiedział Winston, już rozumiejąc, dokąd sprawy zmierzają.

— Niektóre nowe propozycje są naprawdę pomysłowe. Redukcja liczby czasowników, myślę, że ten punkt przypadnie wam do gustu. Pomyślmy, jak to zrobić. Czy podać słownik przez posłańca? Ale takie rzeczy zawsze wylatują mi z głowy. Może moglibyście wpaść do mnie w jakimś dogodnym momencie, żeby go odebrać? Chwileczkę, już daję adres.

Stali naprzeciwko teleekranu. O'Brien z pewnym roztargnieniem sprawdził kieszenie i wydobył mały, oprawiony w skórę notes oraz złoty długopis. Tuż pod teleekranem — w takiej pozycji, że każdy, kto go oglądał po drugiej stronie, mógłby przeczytać, co pisze — nabazgrał adres, wyrwał kartkę i wręczył ją Winstonowi.

— Wieczorami zwykle jestem w domu — powiedział. — Ale gdyby mnie akurat nie było, służący wyda wam słownik.

I poszedł, zostawiając Winstona ze skrawkiem papieru. Winston tym razem nie musiał niczego ukrywać, mimo to skrupulatnie nauczył się adresu na pamięć i parę godzin później wrzucił papier do szczeliny pamięci razem z całym plikiem innych.

Rozmowa trwała najwyżej dwie minuty. Całe zdarzenie mogło mieć tylko jeden cel: chodziło o to, żeby przekazać Winstonowi adres O'Briena. Było to konieczne, bo nie dało się ustalić, gdzie ktoś mieszka w inny sposób, niż pytając go o to. Nie istniały żadne książki adresowe. Sens przekazanej przez O'Briena wiadomości był taki: „Jeśli kiedykolwiek zechcesz porozmawiać, czekam”. Może w słowniku Winston znajdzie list. Jedno było w każdym razie pewne — podziemie, o którym śnił, istniało i właśnie dotarł na jego obrzeża.

Było jasne, że prędzej czy później Winston stawi się na wezwanie O'Briena. Może jutro, może dopiero za jakiś czas — tego nie był pewien. Oto nadciągała kulminacja zainicjowanego wiele lat wcześniej procesu. Pierwszym jego aktem była ukryta, mimowolna refleksja, drugim — założenie dziennika. Najpierw przeszedł od myśli do zapisanych słów, teraz zmierzał od słów do czynów. Ostatni akt rozegra się w Ministerstwie Miłości. Winston już się z tym pogodził. Koniec zawierał się w początku. Było to mimo wszystko przerażające albo inaczej — dawało przedsmak śmierci, jakby już w tym momencie po trochu umierał. Jeszcze podczas rozmowy z O'Brienem, kiedy dotarło do niego, co tamten mówi, zimny dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Miał wrażenie, że zapada się w wilgotny grób. Od dawna wiedział, że ten grób na niego czeka, ale to nie ułatwiało sprawy.

7

Winston obudził się zalany łzami. Zaspana Julia odwróciła się do niego, mrucząc niewyraźnie:

— Co się stało?

— Śniło mi się… — zaczął, po czym przerwał. Nie umiał ująć tego w słowa. Oprócz samego snu było jeszcze związane z nim wspomnienie, które nawiedziło go parę sekund po przebudzeniu.

Leżał z zamkniętymi oczami, pogrążony w półśnie. Był to wspaniały, świetlisty sen, w którym przed Winstonem roztaczało się całe życie, niczym pejzaż w letni wieczór po deszczu. Wszystko działo się wewnątrz szklanej kuli, lecz powierzchnia szkła stanowiła jednocześnie sklepienie nieba, wnętrze wypełniało zaś miękkie światło, zapewniające znakomitą widoczność nawet na znaczną odległość. Ważnym motywem w tym śnie, jeśli nie najważniejszym, był zapamiętany gest matki. Ujrzał go ponownie trzydzieści lat później podczas kroniki filmowej, kiedy żydowska kobieta próbowała ochronić ramionami swojego synka na chwilę przed tym, jak ostrzał z helikoptera rozerwał oboje na strzępy.

— Wiesz, do tej pory wierzyłem, że zamordowałem matkę.

— Dlaczego ją zamordowałeś? — zapytała Julia przez sen.

— Nie dosłownie. Nie fizycznie.

Sen przypomniał mu ostatni raz, kiedy widział matkę, a w ciągu kilku chwil po przebudzeniu wróciła do niego cała konstelacja drobnych zdarzeń, towarzyszących tamtej chwili. Musiał wypierać je ze świadomości przez wiele lat. Nie miał pewności, sądził jednak, że musiał mieć wtedy co najmniej dziesięć lat, może dwanaście.

Ojciec zniknął wcześniej, o ile wcześniej — nie pamiętał. Przypominał sobie jednak całkiem dobrze niepewność i trudy tamtych lat: panikę podczas nalotów, ukrywanie się na stacjach metra, piętrzące się wszędzie sterty gruzu, rozlepiane na rogach ulic niezrozumiałe manifesty, bandy młodzieży poubieranej w identyczne koszule, ogromne kolejki do piekarń, przerywany ogień karabinów maszynowych w oddali, a przede wszystkim to, że nigdy nie starczało jedzenia. Pamiętał długie popołudnia, spędzane wraz z innymi chłopcami na plądrowaniu koszy z odpadkami i wysypisk (gdzie znajdowali czasem twarde części kapuścianych liści, ziemniaczane obierki, a nawet czerstwe skórki chleba, które dokładnie czyścili z popiołu), a także na oczekiwaniu na przejazd ciężarówek transportujących paszę dla zwierząt, bo kiedy podskakiwały na wybojach, niekiedy wypadało z nich trochę makuchów(62).

Po zniknięciu ojca matka nie okazywała zaskoczenia ani nie szalała z rozpaczy, uległa jednak nagłej przemianie. Bardzo podupadła na duchu. Nawet Winston rozumiał, że czekała na coś, co musi się wydarzyć. Robiła wszystko, co do niej należało — gotowała, prała, cerowała ubrania, ścieliła łóżko, zamiatała podłogę, odkurzała kominek — zawsze bardzo powoli, unikając zbędnych ruchów, jak poruszający się samodzielnie manekin. Po czym jej duże, kształtne ciało naturalnie powracało do stanu odrętwienia. Potrafiła godzinami siedzieć bez ruchu na łóżku, tuląc w ramionach jego młodszą siostrę — chorowite, cichutkie dziecko, dwu- lub trzyletnie, z twarzą tak wychudzoną, że przypominała mordkę małpki. Czasem, choć bardzo rzadko, matka brała w ramiona także Winstona i długo go do siebie przyciskała, nie wypowiadając ani słowa. Choć był po dziecinnemu samolubny, rozumiał, że ma to związek z tym, o czym nie mówiła, a co miało jednak wkrótce się wydarzyć.

Pokój, w którym mieszkali, był ciemny i duszny. Niemal połowę przestrzeni zajmowało łóżko, przykryte białą kapą. W kominku stał palnik gazowy, jedzenie trzymali na półce, a na zewnątrz, na klatce schodowej, znajdował się brązowy, kamionkowy zlew, z którego korzystali mieszkańcy kilku izb. Pamiętał posągowe ciało matki, kiedy pochylała się nad palnikiem, żeby zamieszać coś w garnku. Ale przede wszystkim pamiętał ciągły głód i zajadłe, prymitywne kłótnie podczas posiłków. Ciągle natrętnie pytał matkę, dlaczego nie mają więcej jedzenia, krzyczał i awanturował się (pamiętał nawet ton swojego głosu, który grzmiał czasem z niespodziewaną mocą, gdyż Winston przedwcześnie przechodził mutację) albo próbował wzbudzić litość, żeby tylko dostać większą porcję. Matka gotowa była dawać mu więcej jedzenia. Było dla niej oczywiste, że on, „chłopiec”, powinien otrzymać najobfitszą porcję; ile by mu jednak nie nałożyła, i tak żądał więcej. Podczas każdego posiłku prosiła go, żeby nie był taki samolubny i pamiętał, że jego siostrzyczka jest chora — ona również potrzebowała jedzenia; to jednak do niczego nie prowadziło. Kiedy przestawała napełniać jego miskę, darł się jak opętany, próbował wyrywać jej z rąk garnek i chochlę, zabierał kawałki z talerza siostry. Miał świadomość, że obie przez niego głodują, ale nie mógł nic na to poradzić; w jakimś sensie czuł nawet, że ma do tego prawo. Dokuczliwy głód w brzuchu usprawiedliwiał go. Pomiędzy posiłkami, jeśli tylko matka nie patrzyła, plądrował liche zapasy na półce.

Któregoś dnia rozdano przydziały czekolady, pierwszy raz od tygodni albo nawet miesięcy. Bardzo dobrze pamiętał tamten bezcenny, maleńki kawałek czekolady — dwie uncje(63) (wtedy jeszcze posługiwali się uncjami) na ich troje. Logiczne byłoby podzielenie jej na trzy równe części. Nagle jednak Winston usłyszał samego siebie — zupełnie jakby to mówił ktoś inny — grzmiącym głosem domagającego się całej tabliczki. Matka upomniała go, żeby nie był zachłanny. Nastąpiła długa, przykra kłótnia, podczas której Winston krzyczał, płakał, protestował i targował się, w kółko wracając do punktu wyjścia. Jego maleńka siostra, trzymając się matki obiema rączkami zupełnie jak małpiątko, patrzyła na niego znad jej ramienia dużymi, załzawionymi oczami. W końcu matka odłamała trzy czwarte tabliczki i wręczyła Winstonowi, resztę dała jego siostrze. Dziewczynka wzięła swoją część i gapiła się na nią tępo; chyba nie wiedziała, co to takiego. Winston przyglądał się jej przez moment bez ruchu, po czym wyrwał kawałek czekolady z rąk siostry i czmychnął w kierunku drzwi.

— Winston! Winston! — wołała matka. — Wracaj! Oddaj siostrze czekoladę!

Zatrzymał się, ale nie wrócił. Niespokojne oczy matki wpatrywały się w jego twarz. Jednak nawet w tamtym momencie myślała o tym, co musi się wydarzyć. Winston to widział, ale nie wiedział, o co chodzi. Jego siostra, zrozumiawszy, że coś jej odebrano, zaniosła się cichym płaczem. Matka otoczyła dziewczynkę ramieniem i przycisnęła jej twarz do swojej piersi. Coś w tym geście zdradzało, że siostrzyczka umiera. Winston odwrócił się i uciekł na schody, czekolada zaczynała kleić mu się do palców.

Nigdy więcej nie zobaczył matki. Kiedy pożarł czekoladę, poczuł się trochę winny, dlatego przez parę godzin włóczył się ulicami, aż głód przygnał go z powrotem do domu. Jednak gdy wrócił, matka już znikła. W tamtych czasach tak po prostu było. W pokoju nie brakowało niczego — poza matką i siostrą. Nie zabrali żadnych ubrań, nawet płaszcza matki. Do dzisiejszego dnia nie mógł mieć pewności, że ona nie żyje. Całkiem możliwe, że zesłano ją do obozu pracy przymusowej. Co do siostry, mogła zostać umieszczona, jak to zrobiono z Winstonem, w którejś z kolonii dla bezdomnych dzieci (zwanych ośrodkami odzysku), powstałych po wojnie domowej; ewentualnie wywieziono ją do obozu razem z matką lub pozostawiono gdziekolwiek na śmierć.

Senne obrazy nadal były żywe w jego umyśle, zwłaszcza ten otaczający, opiekuńczy gest ramienia, w którym zawierał się cały sens wspomnienia. Przypomniał sobie inny sen, sprzed dwóch miesięcy. Gdzieś w przepastnej otchłani pod Winstonem, na tonącym statku siedziała matka — dokładnie w takiej samej pozie, w jakiej wcześniej widział ją na zasłanym białą kapą łóżku — z tulącym się do niej dzieckiem. Opadała wciąż głębiej i głębiej na dno, nadal jednak patrząc na niego przez ciemniejącą wodę.

Opowiedział Julii historię zniknięcia matki. Nie otwierając oczu, obróciła się, żeby się wygodniej ułożyć.

— Założę się, że byłeś małym potworem — powiedziała obojętnie. — Wszystkie dzieci to potwory.

— Tak, ale w tej historii chodzi o coś innego…

Po jej oddechu poznał, że znowu zasypia. Chciałby dalej rozmawiać o swojej matce. Z tego, co pamiętał, nie była w żadnym wypadku kobietą niezwykłą ani tym bardziej szczególnie inteligentną, cechował ją jednak pewien rodzaj szlachetności i czystości — po prostu dlatego, że dochowywała wierności swoim wartościom. To, co czuła, było szczere, nie podlegało zewnętrznym wpływom. Nie przychodziło jej do głowy, że nieefektywność jakiegoś działania automatycznie odziera je z wszelkiego znaczenia. Jeśli się kogoś kochało, to się kochało, jeśli nie miało się niczego innego do zaoferowania, nadal można było dać miłość. Kiedy cała czekolada została zjedzona, matka otuliła dziecko ramionami. To niczego nie zmieniało, niczemu nie służyło, nie przybyło od tego czekolady. Jej gest nie mógł ochronić przed śmiercią ani dziecka, ani jej samej. Był to jednak jej naturalny odruch. Dokładnie tak samo uchodźczyni na łodzi otoczyła chłopca ramionami, co było równie skuteczną ochroną przed pociskami jak kartka papieru. Partia robiła coś okropnego — wmawiała ludziom, że ich zwykłe uczucia i instynkty nie mają żadnej wartości, jednocześnie odbierając im wszelką władzę nad światem materialnym. Kiedy wpadło się w łapska Partii, nie miało żadnego znaczenia, co człowiek czuje, a czego nie czuje, co robi, a przed czym się powstrzymuje. Niezależnie od wszystkiego, taka osoba znikała i nikt nie słyszał więcej ani o niej, ani o żadnych jej uczynkach. Usuwano ją z nurtu historii, upewniając się, że nie pozostawiła po sobie żadnego śladu. A jednak zaledwie dwa pokolenia wcześniej ludzie nie myśleli w ten sposób, nie zależało im na zmienianiu przeszłości. Kierowali się indywidualnymi wartościami, których nie kwestionowali. Liczyły się osobiste więzi, bezbronne gesty, objęcia, łzy, słowo wypowiedziane do umierającego. Te rzeczy miały charakter autoteliczny. Nagle dotarło do Winstona, że prole wciąż trwali w tym stanie. Nie byli lojalni wobec Partii ani wobec idei, ale wobec siebie nawzajem. Pierwszy raz w życiu nie gardził prolami, zrozumiał, że nie byli tylko tępą siłą, która pewnego dnia eksploduje i doprowadzi do odnowy świata. Prole pozostali ludźmi. Nie stwardnieli od środka. Nadal kierowali się prostymi uczuciami, których on musiał świadomie uczyć się od nowa. Myśląc o tym, przypomniał sobie, pozornie bez związku, oderwaną ludzką dłoń, którą kopniakiem strącił z chodnika do rynsztoka, jakby to był liść kapusty.

— Prole są ludźmi — powiedział na głos. — My ludźmi nie jesteśmy.

— Dlaczego nie? — spytała Julia, która znów się przebudziła.

Winston zastanawiał się przez chwilę.

— Przyszło ci kiedyś do głowy — powiedział — że najlepiej dla nas byłoby po prostu wyjść stąd, zanim zrobi się za późno, i już nigdy się nie spotkać?

— Tak, kochany, przyszło mi do głowy parę razy. Jednak mimo wszystko nie zamierzam tego zrobić.

— Mamy szczęście — powiedział — ale ono już długo nie potrwa. Jesteś młoda. Wyglądasz zwyczajnie, niewinnie. Jeśli będziesz trzymała się z daleka od ludzi takich jak ja, możesz żyć przez kolejne pięćdziesiąt lat.

— Nie. Wszystko przemyślałam. Zrobię to samo, co ty. Nie bądź takim pesymistą. Umiem przetrwać, jestem w tym dobra.

— Będziemy razem przez kolejne pół roku, może rok, nie wiadomo. Na końcu na pewno nas rozdzielą. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo będziemy samotni? Kiedy nas złapią, nie będziemy mogli nic zrobić dla siebie nawzajem, dosłownie nic. Jeśli się przyznam, zastrzelą cię; jeśli się nie przyznam, i tak cię zastrzelą. Nie będzie takiej rzeczy, którą mógłbym uczynić lub powiedzieć albo której mógłbym nie powiedzieć, żeby opóźnić twoją śmierć choćby o pięć minut. Żadne z nas nie będzie wiedziało, czy to drugie jeszcze żyje. Będziemy całkowicie bezsilni. Ważne jest tylko to, żebyśmy się wzajemnie nie zdradzili, choć i to nie zrobi żadnej różnicy.

— Jeśli chodzi o przyznanie się do winy — powiedziała — zrobimy to, oczywiście. Każdy się przyznaje. Nie ma na to rady. Będą cię torturować.

— Nie, nie o to mi chodziło. Przyznanie się do winy nie oznacza zdrady. To, co powiemy, nie będzie miało znaczenia; liczy się tylko to, co czujemy. Jeśli sprawią, że przestanę cię kochać, to będzie prawdziwa zdrada.

Zastanowiła się.

— Nie mogą tego zrobić — powiedziała w końcu. — To jedyne, czego nie mogą nam zrobić. Mogą zmusić cię do powiedzenia czegokolwiek, ale nie zdołają przekonać cię, żebyś w to uwierzył. Nie mogą znaleźć się wewnątrz twojej głowy.

— Nie — powiedział nieco pogodniej — to prawda, nie mogą. Jeśli czujesz, że zachowanie człowieczeństwa stanowi wartość samą w sobie, nawet jeśli nie przynosi żadnych praktycznych korzyści, to znaczy, że ich pokonałaś.

Pomyślał o teleekranie, którego uszy nigdy nie zasypiały. Mogli szpiegować każdego w dzień i w nocy, ale zachowując jasność umysłu, dało się ich przechytrzyć. Przy całym swoim sprycie nadal nie umieli odgadnąć, co ludzie myślą. Być może udawało im się to, kiedy już dostali człowieka w swoje ręce. Nikt nie wiedział, co dzieje się w Ministerstwie Miłości, można się było jednak domyślać: tortury, otumanianie rozmaitymi substancjami, czuły sprzęt rejestrujący reakcje układu nerwowego, stopniowe niszczenie człowieka przez bezsenność, izolację i niekończące się przesłuchania. Z całą pewnością nikt nie był w stanie ukryć żadnych faktów. Fakty da się ustalić poprzez dochodzenie albo wycisnąć z człowieka torturami. Jeśli jednak stawka nie sprowadza się do przeżycia, tylko do zachowania człowieczeństwa, co z tego wynika? Przecież nie mogą zmienić ludzkich uczuć. Co więcej, nikt sam nie może zmienić własnych uczuć, nawet gdyby tego chciał. Mogą odsłonić najdrobniejsze szczegóły wszystkiego, co się zrobiło, powiedziało lub pomyślało, ale tego, co rozgrywa się w głębi ludzkiego serca — i co dla nas samych jest tajemnicą — tego dosięgnąć nie mogą.

62) makuch — pasza dla zwierząt z wyciśniętych nasion roślin oleistych. [przypis edytorski] [powrót]

63) uncja — jednostka masy używana w krajach anglosaskich, ok. 30 g. [przypis edytorski] [powrót]

8

Wreszcie, wreszcie to zrobili!

Znajdowali się w podłużnym pomieszczeniu, pełnym łagodnego światła. Przyciszony teleekran wydawał stłumiony szept, granatowy dywan był tak miękki, że miało się wrażenie stąpania po aksamicie. O'Brien siedział przy stole, umieszczonym na przeciwległym krańcu pokoju; stała na nim lampa z zielonym abażurem, po której obu stronach piętrzyły się papiery. Nie podniósł nawet głowy, kiedy służący wprowadził Julię i Winstona.

Serce Winstona waliło tak mocno, że wątpił, czy da radę wydobyć z siebie głos. Zrobili to, wreszcie to zrobili — nic innego nie umiał pomyśleć. Nierozsądnie było tu przychodzić, a przybycie we dwoje stanowiło akt czystej głupoty, choć każde dotarło na miejsce inną drogą i spotkali się dopiero na progu mieszkania O'Briena. Już samo pojawienie się w takim miejscu wymagało sporej odwagi. Zwykli ludzie rzadko zapuszczali się w tę część miasta, gdzie mieszkali członkowie Partii Wewnętrznej, nie mówiąc już o zaglądaniu do ich mieszkań. Atmosfera wielkiego, przestronnego bloku — ociekającego luksusem i wypełnionego zapachami dobrego jedzenia oraz tytoniu, z cichymi, szybkimi windami, kursującymi w górę i w dół, ze służącymi w białych kurtkach, przemykającymi to tu, to tam — działała onieśmielająco. Chociaż Winston miał solidny pretekst, żeby się tu znaleźć, na każdym kroku prześladowała go obawa, że zza rogu wyłoni się strażnik w czarnym kombinezonie, zażąda papierów i każe mu się wynosić. Jednak służący O'Briena wpuścił oboje bez żadnych obiekcji. Był niskim, ciemnowłosym mężczyzną, odzianym w białą kurtkę, o pozbawionej wyrazu twarzy w kształcie diamentu, która mogłaby być twarzą Chińczyka. Poprowadził ich korytarzem wyłożonym miękkimi dywanami, między ścianami wykończonymi kremową tapetą i białą boazerią. Wszystko było idealnie czyste i to także onieśmielało. Winston nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej szedł korytarzem, którego ściany nie byłyby zatłuszczone wskutek kontaktu z ludzkimi ciałami.

O'Brien trzymał w palcach jakąś kartkę i studiował ją w skupieniu. Jego kwadratowa twarz, pochylona tak, że widać było linię nosa, sprawiała wrażenie jednocześnie groźnej i inteligentnej. Przez jakieś dwadzieścia sekund siedział zupełnie nieruchomo, następnie sięgnął po głosopis i podyktował wiadomość w dziwacznym żargonie, którym posługiwano się w ministerstwach: „Punkty jeden koma pięć koma siedem zatwierdzone całościowo stop sugestia w punkcie szóstym plusplusabsurdalna na granicy myślozbrodni usunąć stop antykontynuować doprzeduzyskania pluspełnego kosztorysu stop koniec notatki”.

Podniósł się powoli i podszedł do nich, stąpając bezgłośnie po dywanie. Kiedy skończył dyktować, atmosfera stała się nieco mniej oficjalna, jednak wyraz jego twarzy był poważniejszy niż zazwyczaj, jakby nie podobało mu się, że ktoś go rozprasza. Do strachu, którym Winston był przepełniony, doszło teraz zwykłe zażenowanie. Naraz wydało mu się całkiem prawdopodobne, że po prostu popełnił głupi błąd. Jakie miał w istocie dowody, że O'Brien brał udział w jakiejś konspiracji? Żadnych, poza błyskiem w oku i jedną dwuznaczną wypowiedzią; opierał się jedynie na swoich sekretnych fantazjach, wywiedzionych ze snu. Nie mógł nawet posłużyć się pretekstem, że wstąpił, żeby pożyczyć słownik, bo jak w takim razie wytłumaczyć obecność Julii? Mijając teleekran, O'Brien nagle jakby o czymś sobie przypomniał. Zatrzymał się, obrócił się do ściany i wcisnął przycisk. Rozległ się głośny trzask. Głos zamilkł.

Julia pisnęła cichutko ze zdumienia. Pomimo odczuwanej trwogi, Winston nie zdołał utrzymać języka na wodzy.

— Możecie wyłączyć teleekran!

— Tak — powiedział O'Brien — możemy. Mamy taki przywilej.

Stał teraz naprzeciwko Winstona i Julii. Jego mocna sylwetka górowała nad nimi, nadal miał nieprzenikniony wyraz twarzy. Wpatrywał się w Winstona raczej surowo, jakby czekał, aż ten zacznie mówić; ale o czym? Teraz wydawało się całkiem możliwe, że O'Brien był po prostu bardzo zajętym człowiekiem, którego zirytował fakt, że przerwano mu pracę. Wszyscy milczeli. Po wyłączeniu teleekranu w pokoju zrobił się cicho jak w grobie. Sekundy wlokły się niemiłosiernie. Winston z trudem wytrzymywał spojrzenie O'Briena. Nagle na ponurej twarzy pojawiło się coś, co można było uznać za zapowiedź uśmiechu. O'Brien poprawił okulary swoim charakterystycznym gestem.

— Ja mam to powiedzieć czy któreś z was się odezwie?

— Ja powiem — odparł Winston bez wahania. — To naprawdę jest wyłączone?

— Tak, wszystko jest wyłączone. Jesteśmy sami.

— Przyszliśmy tu, bo…

Przerwał, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo niejasną kierował się motywacją. Nie wiedział, jakiego rodzaju pomocy oczekuje od O'Briena, toteż niełatwo mu było wyartykułować, po co przyszedł. Zdając sobie sprawę, że jego słowa muszą brzmieć nieprzekonywająco i pretensjonalnie, ciągnął dalej:

— Wierzymy, że istnieje jakaś konspiracja, jakaś organizacja podziemna działająca przeciwko Partii i że jesteście z nią powiązani. Chcemy się przyłączyć i pracować dla was. Jesteśmy wrogami Partii. Nie wierzymy w zasady angsocu. Jesteśmy myślozbrodniarzami. Jesteśmy również cudzołożnikami. Mówię o tym, bo chcemy zdać się na waszą łaskę. Jeśli zechcecie, żebyśmy popełnili kolejne wykroczenia, jesteśmy do dyspozycji.

Przerwał i spojrzał za siebie, bo zdawało mu się, że słyszy hałas otwieranych drzwi. I rzeczywiście, mały służący o żółtej twarzy wszedł bez pukania. Dźwigał tacę, na której stały karafka i kieliszki.

— Martin jest jednym z nas — oznajmił O'Brien. — Przynieś tacę tutaj, Martinie, postaw ją na tym okrągłym stole. Czy wszyscy mamy krzesła? W takim razie usiądźmy wygodnie i porozmawiajmy. Ty też weź krzesło, Martinie. Jest sprawa. Przez następne dziesięć minut nie jesteś służącym.

Mały człowieczek usiadł dość swobodnie, choć nadal roztaczał po trosze aurę kamerdynera; wciąż był poddanym, któremu pozwolono zakosztować przywileju. Winston spoglądał na niego kątem oka. Pomyślał, że całe życie tego człowieka jest udawaniem, zatem zrzucenie maski choćby na chwilę musi wydawać mu się zbyt niebezpieczne. O'Brien ujął karafkę za szyjkę i napełnił kieliszki ciemnoczerwonym płynem. Wzbudziło to w umyśle Winstona mgliste wspomnienie czegoś, co dawno temu widział na murze lub słupie — ogromnej butli, uformowanej z migoczących światełek, które wyglądały, jakby wlewały się do kielicha. Oglądane z góry, wino zdawało się prawie całkiem czarne, ale w karafce lśniło jak rubin. Wydzielało słodko-kwaśny zapach. Julia podniosła swój kieliszek i powąchała z nieskrywaną ciekawością.

— To wino — powiedział O'Brien, uśmiechając się lekko. — Pewnie czytaliście o nim w książkach. Obawiam się, że nieczęsto trafia na stoły członków Partii Zewnętrznej. — Znowu spoważniał i uniósł kieliszek. — Wypada chyba zacząć od wzniesienia toastu. Za naszego przywódcę: za Emmanuela Goldsteina.

Winston skwapliwie chwycił kieliszek. Czytał o winie i marzył o nim. Podobnie jak szklany przycisk do papieru czy zapamiętane przez pana Charringtona urywki starych wierszyków, należało do minionej, romantycznej przeszłości, o której Winston lubił skrycie myśleć „dawne, szczęśliwe czasy”. Z jakiegoś powodu wyobrażał sobie zawsze, że wino jest intensywnie słodkie — jak dżem jeżynowy — i od razu idzie do głowy. Próbując go teraz, w istocie bardzo się rozczarował. Po latach picia ginu prawie nie czuł smaku. Odstawił pusty kieliszek.

— A zatem istnieje ktoś taki jak Goldstein?

— Owszem, istnieje. Jest cały i zdrów. Gdzie, tego nie wiem.

— A konspiracja, organizacja podziemna, czy to też prawda? Nie jest wymysłem myślopolicji?

— Nie, naprawdę istnieje. Bractwo, tak o niej mówimy. Nie dowiesz się wiele więcej prócz tego, że Bractwo istnieje i że do niego należysz. Jeszcze do tego wrócę. — Popatrzył na zegarek. — Nawet członkowie Partii Wewnętrznej nie powinni wyłączać teleekranu na dłużej niż pół godziny. Nieroztropnie było przyjść tu razem, będziecie musieli wyjść oddzielnie. Wy, towarzyszko — zwrócił się do Julii — wyjdziecie pierwsza. Mamy do dyspozycji jakieś dwadzieścia minut. Rozumiecie, że muszę zacząć od zadania wam pewnych pytań. Najogólniej rzecz biorąc, na co jesteście gotowi?

— Na wszystko, co leży w naszej mocy — odparł Winston.

O'Brien obrócił się nieco na krześle, żeby mieć Winstona naprzeciwko. Prawie ignorował Julię, zakładając, że Winston będzie mówił za nich dwoje. Na moment zmrużył oczy. Zaczął zadawać pytania cichym, pozbawionym wyrazu głosem, jakby to była wielokrotnie przećwiczona rutyna, rytualne pytania i odpowiedzi, z których większość znał z góry.

— Czy jesteście gotowi oddać życie?

— Tak.

— Mordować?

— Tak.

— Dokonywać aktów sabotażu, które mogą spowodować śmierć setek niewinnych ludzi?

— Tak.

— Zdradzić swój kraj dla obcego mocarstwa?

— Tak.

— Czy jesteście gotowi oszukiwać, fałszować, szantażować, zatruwać dziecięce umysły, kolportować substancje psychoaktywne, zachęcać do prostytucji, rozsiewać choroby weneryczne, innymi słowy: robić wszystko, co może przyczynić się do demoralizacji i osłabienia władzy Partii?

— Tak.

— Jeśli, na przykład, dla dobra sprawy, przyjdzie oblać dziecięcą twarz kwasem siarkowym, czy jesteście gotowi to zrobić?

— Tak.

— Czy jesteście gotowi zmienić swoją tożsamość i spędzić resztę życia jako kelnerka lub doker?

— Tak.

— Czy jesteście gotowi popełnić samobójstwo, jeśli i kiedy rozkażemy wam to zrobić?

— Tak.

— Czy jesteście gotowi rozstać się i nigdy więcej się nie spotkać?

— Nie! — wtrąciła się Julia.

Winston czuł, że mija czas, a on wciąż się zastanawia. Przez chwilę sądził nawet, że odebrało mu mowę. Język pracował bezdźwięcznie, formułując sylaby na przemian to jednego, to drugiego słowa. Dopiero kiedy je wyartykułował, zorientował się, którą odpowiedź wybrał.

— Nie — wydusił z siebie w końcu.

— Dobrze, że mi powiedzieliście — rzekł O'Brien. — Musimy wiedzieć wszystko.

Obrócił się do Julii i dodał tonem, w którym było nieco więcej uczucia:

–- Czy rozumiecie, że nawet jeśli on przeżyje, może stać się inną osobą? Prawdopodobnie będziemy musieli dać mu nową tożsamość. Twarz, ruchy, kształt dłoni, kolor włosów… Nawet jego głos ulegnie zmianie. Także i wy możecie stać się inną osobą. Nasi chirurdzy potrafią zmienić wygląd ludzi tak, że nie da się ich rozpoznać. Czasem to jest konieczne. Bywa, że trzeba amputować kończynę.

Winston nie mógł się powstrzymać od ukradkowego spojrzenia na azjatycką twarz Martina. Nie dostrzegał żadnych blizn. Julia zbladła nieco, przez co uwydatniły się piegi na jej twarzy, ale dzielnie patrzyła w twarz O'Briena. Mruknęła coś cicho, chyba na znak zgody.

— W porządku. Zatem to jest załatwione.

Na stole leżała srebrna papierośnica. O'Brien roztargnionym gestem popchnął ją w ich stronę, sam też się poczęstował, a potem podniósł się i zaczął chodzić powoli po pokoju w tę i z powrotem, jakby lepiej myślało mu się na stojąco. To były doskonałe papierosy, grube, solidnie nabite w niespotykanie jedwabistą bibułkę. O'Brien znowu spojrzał na zegarek.

— Lepiej wróć już do siebie, Martinie — powiedział. — Włączę teleekran za piętnaście minut. Zanim wyjdziesz, przyjrzyj się dobrze twarzom tych towarzyszy. Pewnie jeszcze ich spotkasz. Możliwe, że ja już nie.

Ciemne oczy małego człowieczka przesunęły się po ich twarzach dokładnie tak samo jak wtedy, gdy wpuszczał ich do budynku. W jego wzroku nie było nawet szczypty serdeczności. Zapamiętywał ich wygląd, ale nie interesowali go, w każdym razie nie okazywał ciekawości. Winston pomyślał, że pewnie sztuczna twarz nie może zmienić wyrazu. Nic nie mówiąc i nie żegnając się w żaden sposób, Martin wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. O'Brien nadal chodził po pokoju, z jedną ręką w kieszeni, a w drugiej trzymając papierosa.

— Zdajecie sobie sprawę — powiedział — że będziecie walczyć na oślep. Nigdy nie będziecie dokładnie informowani. Dostaniecie rozkazy i będziecie musieli je wykonać, ale nikt wam nie powie dlaczego. Potem przekażę wam książkę, z której dowiecie się, jak naprawdę działa ustrój, w którym żyjemy, i jaką przyjęliśmy strategię, żeby go zniszczyć. Po jej przeczytaniu staniecie się pełnoprawnymi członkami Bractwa. Jednak poza ogólnymi celami, o które walczymy, i poszczególnymi zadaniami do wykonania w danej chwili, nie będziecie wiedzieć nic więcej. Zdradziłem wam, że Bractwo istnieje, nie mogę wam jednak powiedzieć, czy liczy stu czy dziesięć milionów członków. Na podstawie własnego doświadczenia nie będziecie mogli potwierdzić istnienia nawet tuzina. Będziecie mieli kontakt z trzema lub czterema wymieniającymi się osobami: ktoś zniknie, a na jego miejsce pojawi się ktoś nowy. Najpierw nawiązaliście kontakt ze mną, więc niech tak już zostanie, wasze rozkazy będą pochodziły ode mnie. Jeśli uznamy za słuszne, żeby coś wam zakomunikować, zrobimy to przez Martina. Kiedy was w końcu złapią, przyznacie się. Tego nie da się uniknąć. Jednak, poza zdradzeniem własnych działań, nie będziecie mieli wiele do wyznania. Będziecie mogli wydać jedynie garstkę mało znaczących osób. Pewnie nawet mnie nie wydacie. Do tego momentu umrę albo stanę się inną osobą, o innej twarzy.

O'Brien nadal wędrował w tę i we w tę po miękkim dywanie. Pomimo masywnej postury poruszał się z pewnego rodzaju wdziękiem. Elegancja ujawniała się nawet w sposobie, w jaki trzymał rękę w kieszeni czy zapalał papierosa. Sprawiał wrażenie człowieka nie tyle silnego, co pewnego siebie i obdarzonego nieco ironiczną inteligencją. Choć sprawy, o których rozmawiali, traktował poważnie, pozostawał wolny od fanatycznego zacietrzewienia. Nawet kiedy mówił o mordowaniu, samobójstwie, chorobach wenerycznych, amputowaniu członków i zmianie wyglądu twarzy, w jego głosie pobrzmiewały nieco kpiące tony. „To nieuchronne, właśnie tak musimy postępować — bez wahania”, zdawał się mówić. „Ale nie tak będziemy żyli, kiedy znowu warto będzie żyć”. Winstona ogarnął podziw, niemal uwielbienie dla O'Briena. Na moment zapomniał o zagadkowej postaci Goldsteina. Patrząc na potężne ramiona O'Briena, na jego grubo ciosaną twarz — brzydką, a jednocześnie tak światłą — nie dało się uwierzyć, że mógłby ponieść klęskę. Nie było takiego podstępu, którego ten człowiek by nie przejrzał, nie było niebezpieczeństwa, którego by nie przewidział. Nawet Julia wydawała się być pod wrażeniem. Pozwoliła, żeby zgasł jej papieros, i słuchała z uwagą. O'Brien tymczasem ciągnął:

— Z pewnością słyszeliście pogłoski o Bractwie. Niewątpliwie macie swoje własne wyobrażenia na ten temat. Wyimaginowaliście sobie pewnie ogromne podziemie spiskowców, którzy potajemnie spotykają się w piwnicach, wypisują wiadomości na murach, identyfikują się wzajemnie po słowach-hasłach lub specjalnych gestach. Nic podobnego nie istnieje. Nie ma możliwości, żeby członkowie Bractwa rozpoznawali się nawzajem, żaden nie zna tożsamości więcej niż kilku innych osób. Sam Goldstein, gdyby wpadł w ręce myślopolicji, nie mógłby przekazać kompletnej listy członków ani żadnej informacji, która doprowadziłaby kogoś do takiego spisu. Tego rodzaju lista nie istnieje. Nie da się zlikwidować Bractwa, bo nie jest organizacją w zwykłym sensie tego słowa. Nie spaja go nic poza ideą, a ta jest niezniszczalna. Nic poza nią nigdy nie będzie was podtrzymywać na duchu. Nie będzie towarzyszy broni, nic na zachętę. Kiedy was w końcu złapią, nikt wam nie pomoże. Nigdy nie wspieramy naszych członków. Czasem, jeśli istnieje konieczność, żeby kogoś uciszyć, udaje nam się co najwyżej przemycić do celi żyletkę. Będziecie musieli przyzwyczaić się do życia, w którym efekty waszego zaangażowania są niewidoczne, życia pozbawionego jakiejkolwiek nadziei. Podziałacie przez jakiś czas, zostaniecie złapani, przyznacie się, a potem umrzecie. To są jedyne skutki, jakich doświadczycie. Nie ma szans, żeby za naszego życia zaszła jakakolwiek widoczna zmiana. Jesteśmy martwi. Jedyne prawdziwe istnienie należy do przyszłości. Weźmiemy w niej udział jako proch, jako rozsypujące się kości. Jak odległa jest ta przyszłość — tego nikt nie wie. Może nadejdzie za tysiąc lat. W tej chwili jedyne, co da się zrobić, to walczyć o poszerzenie pola świadomości, skrawek po skrawku. Nie możemy działać razem. Wiedzę rozpowszechniamy jedynie poprzez jednostki, które ją przekazują kolejnym ludziom, pokolenie za pokoleniem. W obliczu poczynań myślopolicji nie ma innego sposobu.

Przerwał i trzeci raz spojrzał na zegarek.

— Musicie się powoli zbierać, towarzyszko — powiedział do Julii. — Nie, zaczekajcie. Karafka wciąż do połowy pełna.

Napełnił kieliszki, swój uniósł w górę, trzymając go za nóżkę.

— Za co tym razem? — zapytał z tym samym, lekko ironicznym wyrazem twarzy. — Za zmylenie myślopolicji? Za śmierć Wielkiego Brata? Za ludzkość? Za przyszłość?

— Za przeszłość — odparł Winston.

— Przeszłość jest ważniejsza — potwierdził O'Brien z powagą. Opróżnili kieliszki, moment później Julia podniosła się, żeby wyjść. O'Brien sięgnął po stojące na biurku pudełeczko i wręczył jej małą, białą tabliczkę. Kazał jej położyć ją na języku. To ważne, powiedział, żeby nie było od niej czuć wina — windziarze uważnie wszystkich obserwują.

Kiedy tylko za Julią zamknęły się drzwi, zaczął zachowywać się tak, jakby zupełnie zapomniał o jej istnieniu. Zrobił jeszcze parę kroków w tę i z powrotem, a potem zatrzymał się.

— Trzeba ustalić parę szczegółów — powiedział. — Zakładam, że macie jakąś kryjówkę?

Winston opowiedział mu o pomieszczeniu nad sklepem pana Charringtona.

— Na razie to wystarczy. Potem zorganizujemy coś innego. Trzeba często zmieniać kryjówki. W międzyczasie poślę wam egzemplarz książki — Winston zauważył, że nawet O'Brien wypowiada to słowo tak, jakby było pisane kursywą — książki Goldsteina. Zrobię to najszybciej, jak się da. Zanim jakiś dostanę, może minąć parę dni. Jak możecie się domyślić, nie istnieje zbyt wiele kopii. Myślopolicja poluje na nie i eliminuje je prawie tak szybko, jak my je produkujemy. Nie robi to wielkiej różnicy. Książka jest niezniszczalna. Nawet gdyby unicestwili ostatni egzemplarz, odtworzylibyśmy ją co do słowa. Czy idąc do pracy, macie przy sobie teczkę? — spytał.

— Zwykle tak.

— Jak wygląda?

— Jest czarna, bardzo zniszczona. Z dwoma paskami.

— Czarna, dwa paski, bardzo zniszczona; dobrze. Pewnego dnia w niedalekiej przyszłości, nie mogę podać dokładnej daty, jedna z wiadomości dotyczących waszej porannej pracy będzie zawierała słowo z błędem i będziecie musieli poprosić o powtórzenie. Następnego dnia pójdziecie do pracy bez teczki. W pewnym momencie zbliży się do was na ulicy jakiś człowiek, dotknie waszego ramienia i powie: „Chyba upuściliście teczkę”. Ta, którą wam wręczy, będzie zawierała książkę Goldsteina. Zwrócicie ją w ciągu czternastu dni.

Milczeli przez chwilę.

— Za parę minut musicie odejść — powiedział O'Brien. — Spotkamy się znowu, o ile się spotkamy…

Winston popatrzył na niego i dokończył z wahaniem:

— Tam, gdzie nie ma mroku?

O'Brien pokiwał głową. Nie okazał zaskoczenia.

— Tam, gdzie nie ma mroku — powiedział takim tonem, jakby rozpoznawał aluzję. — Tymczasem chcecie coś jeszcze powiedzieć, zanim odejdziecie? Podzielić się czymś? O coś zapytać?

Winston zamyślił się. Nie miał już żadnych pytań, nie chciał też wypowiadać górnolotnych ogólników. Przyszło mu do głowy coś niepowiązanego bezpośrednio z O'Brienem czy Bractwem — ujrzał w myślach ciemną sypialnię, w której jego matka spędziła swoje ostatnie dni, i pokój nad sklepem pana Charringtona, i szklany przycisk do papieru, i staloryt w ramie z różanego drewna. Ni z tego, ni z owego powiedział:

— Słyszeliście kiedyś ten stary wierszyk, który zaczyna się od słów: „Pomarańcze i cytryny, biją dzwony u Marcina…”?

O'Brien ponownie pokiwał głową, a następnie poważnym, uprzejmym głosem dokończył:

Pomarańcze i cytryny, biją dzwony u Marcina.
Biją dzwony u Klemensa, że mi jesteś winien pensa.
Grożą dzwony Baileya, dłużnikowi przyleję!
Krzyczą dzwony Shoreditch(64) — i ty także krzycz!.

— Znacie ostatni wers! — zauważył Winston.

— Owszem, znam. Obawiam się jednak, że na was już czas. Jeszcze sekundę. Proszę wziąć tę drażetkę.

Kiedy Winston podniósł się z miejsca, O'Brien wyciągnął do niego rękę. Mocny uścisk zdawał się miażdżyć kości dłoni Winstona. Ten spojrzał jeszcze za siebie spod drzwi, ale O'Brien sprawiał wrażenie, jakby już wymazywał go z pamięci. Czekał z dłonią na włączniku teleekranu. Z tyłu Winston widział biurko z lampą o zielonym abażurze, głosopis i druciane kosze, wyładowane papierami. Sprawa została zamknięta. Dotarło do niego, że w ciągu trzydziestu sekund O'Brien powróci do przerwanej, ważnej pracy dla Partii.

64) Shoreditch — właśc. St Leonard's, Shoreditch, kościół parafialny w Shoreditch, w londyńskiej dzielnicy Hackney. [przypis edytorski] [powrót]

9

Winston czuł się galaretowaty ze zmęczenia. „Galaretowaty” to właściwe słowo — przyszło mu do głowy całkiem spontanicznie. Jego ciało miało właśnie taką konsystencję, do tego wydawało mu się przezroczyste. Miał wrażenie, że kiedy podniesie rękę, zobaczy prześwitujące przez nią światło. Morderczy wysiłek wyssał z niego całą krew i limfę, pozostawiając jedynie kruchą strukturę nerwów, kości i skóry. Odbierał każde doznanie ze zdwojoną siłą. Kombinezon uwierał go w ramiona, chodnik drażnił stopy, zaciśnięcie pięści wymagało wysiłku, od którego trzeszczały stawy.

W ciągu pięciu dni przepracował ponad dziewięćdziesiąt godzin, podobnie jak wszyscy inni w ministerstwie. Teraz wszystko się skończyło i nie miał zupełnie nic do roboty, żadnej pracy dla Partii aż do jutra rana. Mógł spędzić sześć godzin w kryjówce i kolejne dziewięć we własnym łóżku. W łagodnym, popołudniowym słońcu szedł powoli w stronę sklepu pana Charringtona, rozglądając się, czy nie widać patroli, jednocześnie jednak irracjonalnie wierzył, iż tego popołudnia nie ma ryzyka, żeby ktoś mu przeszkodził. Ciężka teczka, którą miał przy sobie, przy każdym kroku obijała mu kolana, wywołując mrowienie na całej długości nogi. W środku znajdowała się ta książka. Miał ją od sześciu dni, ale jeszcze jej nie otworzył, jeszcze nawet na nią nie spojrzał.

W szóstym dniu Tygodnia Nienawiści, po demonstracjach, przemówieniach, po wznoszeniu okrzyków, po pieśniach, transparentach, plakatach, filmach, figurach woskowych, po dudnieniu werbli i zawodzeniu trąbek, po tupocie maszerujących stóp, warkocie czołgów, ryku samolotów, po hukach wystrzałów — po sześciu dniach orgii, kiedy wielki zbiorowy orgazm zbliżał się do szczytu, a powszechna nienawiść do Eurazji osiągnęła tak deliryczny poziom, że gdyby tłum dopadł dwa tysiące eurazjatyckich zbrodniarzy wojennych, których ostatniego dnia obchodów czekało publiczne powieszenie, z pewnością rozszarpałby ich na kawałki — właśnie wtedy ogłoszono, że Oceania nie prowadzi jednak wojny z Eurazją. Oceania walczy z Azją Wschodnią. Eurazja jest sojusznikiem.

Nie padło oczywiście ani jedno słowo na temat tego, że zaszła jakakolwiek zmiana. Po prostu całkiem nagle, wszędzie i w tym samym momencie, ludzie dowiedzieli się, że to Azja Wschodnia, a nie Eurazja, jest wrogiem. Kiedy to się stało, Winston brał udział w demonstracji na jednym z placów w centrum Londynu. Była noc, białe twarze i krwistoczerwone flagi lśniły upiornie w świetle reflektorów. Kilka tysięcy osób tłoczyło się na placu, w tym może tysięczny oddział dzieci w mundurkach Szpiegów. Na obitej szkarłatnym suknem platformie perorował przed zebranym tłumem członek Partii Wewnętrznej — niski, szczupły mężczyzna o nieproporcjonalnie długich ramionach i ogromnej czaszce, łysej, z wyjątkiem paru wyrastających tu i ówdzie lichych kosmyków. Ten Rumpelsztyk(65) o wykrzywionej nienawiścią twarzy w jednej ręce mocno ściskał mikrofon, drugą zaś wyrzucał w górę, a wielka koścista dłoń zdawała się kąsać powietrze. Jego głos, któremu mikrofon nadawał metaliczne brzmienie, grzmiał, recytując niekończący się katalog zbrodni wroga, do których zaliczały się masakry, deportacje, grabieże, gwałty, torturowanie jeńców, bombardowania cywili, wroga propaganda, niesprowokowane napaści i łamanie traktatów. Każdego to przekonywało, każdy musiał w końcu poczuć wściekłość. Co parę chwil furia zgromadzonych narastała do tego stopnia, że wydobywający się z tysięcy gardeł pierwotny, zwierzęcy, niepohamowany ryk zagłuszał słowa mówcy. Najdziksze wrzaski wydawały dzieci. Przemówienie trwało od jakichś dwudziestu minut, kiedy na scenę wbiegł posłaniec i przekazał oratorowi kartkę. Ten rozwinął ją i przeczytał wiadomość, nie przerywając monologu. Nie zmieniło się ani jego zachowanie, ani ton głosu, ani treść diatryby(66), tyle że nazwę jednego mocarstwa zastąpiło miano tego drugiego. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, ale dla tłumu już po chwili wszystko stało się jasne. Oceania walczy z Azją Wschodnią! Zaraz podniósł się rwetes. Wszystkie transparenty i plakaty, którymi udekorowano plac, były błędne! Połowa przedstawiała niewłaściwe twarze. To akt sabotażu! To sprawka agentów Goldsteina! W zamęcie zerwano ze ścian plakaty, a transparenty podarto i podeptano. Dzieci z oddziału Szpiegów dokonywały cudów zręczności, wdrapując się na dachy i zrywając łopoczące na kominach flagi. Po jakichś dwóch czy trzech minutach wszystko minęło. Mówca, wciąż ściskając w jednej ręce mikrofon, a drugą wymachując nad głową, dalej perorował, wychylając się ku publiczności. Po chwili tłum znowu wydawał dzikie okrzyki wściekłości. Nienawiść trwała, dokładnie tak jak wcześniej, zmienił się tylko jej obiekt.

Kiedy Winston przypominał sobie tamtą chwilę, był pod wrażeniem mówcy, który dokonał roszady sojuszników i wrogów dosłownie w połowie zdania — nie dość, że nie przerywając przemowy, to nawet nie zmieniając składni. Wtedy jednak zajmowało go coś innego. W tym chaotycznym momencie, kiedy zrywano plakaty ze ścian, jakiś mężczyzna, którego twarzy nie udało się Winstonowi zobaczyć, poklepał go po ramieniu, mówiąc: „Przepraszam, chyba upuściliście teczkę”. Winston wziął aktówkę odruchowo, nie odzywając się słowem. Wiedział, że minie kilka dni, zanim będzie miał okazję zajrzeć do środka. Zaraz po demonstracji, choć była już dwudziesta trzecia, poszedł do Ministerstwa Prawdy. Wszyscy urzędnicy zrobili to samo. Rozbrzmiewające z teleekranów wezwania, aby stawić się na stanowiskach pracy, były w zasadzie niepotrzebne.

Oceania była w stanie wojny z Azją Wschodnią. Oceania zawsze była w stanie wojny z Azją Wschodnią. Spora część literatury politycznej ostatnich pięciu lat straciła ważność. Raporty i zapiski wszelkiego rodzaju, gazety, książki, pamflety, filmy, ścieżki dźwiękowe, zdjęcia — wszystko musiało błyskawicznie zostać poprawione. Nie padł żaden rozkaz, a mimo to wszyscy wiedzieli, że szefowie departamentu życzą sobie, aby w ciągu tygodnia znikły wszelkie wzmianki o wojnie z Eurazją i przymierzu z Azją Wschodnią. Była to przytłaczająca praca, tym bardziej, że nie wolno było nazywać jej po imieniu. Każdy urzędnik Departamentu Archiwów pracował osiemnaście godzin na dobę, śpiąc dwa razy po trzy godziny. Z piwnic przyniesiono materace i wyłożono nimi korytarze; posiłki składały się z kanapek i Kawy Zwycięstwa, rozwożonej wózkami przez obsługę stołówki. Odrywając się od biurka na trzygodzinną drzemkę, Winston za każdym razem starał się kończyć wszystkie zadania, a kiedy wracał, zaspany i obolały, okazywało się, że w międzyczasie na biurku wylądowała kolejna lawina papierowych cylindrów, grzebiąc głosopis i rozsypując się na podłogę tak, że jego pierwszym zadaniem było staranne poukładanie kartek, żeby w ogóle miał miejsce do pracy. Najgorzej, że nie była to robota czysto mechaniczna. Czasem wystarczyło jedynie zamienić nazwy mocarstw, ale poprawianie bardziej szczegółowych relacji wymagało pieczołowitości i wyobraźni. Żeby przenieść wojnę z jednej części świata do innej, trzeba było na przykład wykazać się sporą znajomością geografii.

Trzeciego dnia oczy bolały Winstona nieznośnie, a okulary wymagały przecierania dosłownie co parę minut. Miał wrażenie, że wykonuje jakąś potwornie ciężką, fizyczną pracę, którą miałby prawo przerwać, gdyby nie to, że czuł neurotyczny przymus, aby ją dokończyć. O ile sobie przypominał, nie niepokoił go fakt, że każde słowo, jakie wypowiadał do głosopisu, i każde, które zapisał, było celowym kłamstwem. Jak wszyscy w departamencie chciał tylko, żeby fałszerstwo okazało się doskonałe. Rano szóstego dnia tempo wyskakiwania papierów zmalało. Przez jakieś pół godziny nic nie wypadło z tuby, potem jeszcze jeden rulon i znowu nic. Mniej więcej w tym samym czasie intensywność pracy zmalała na wszystkich stanowiskach. Cały departament ukradkiem odetchnął głęboko. Dokonano niezwykłego czynu, o którym nigdy nie będzie można nawet wspomnieć. Żaden człowiek nie będzie mógł odtąd udokumentować faktu, że kiedykolwiek toczono wojnę z Eurazją. W południe niespodziewanie ogłoszono, że wszyscy pracownicy ministerstwa mają wolne aż do następnego ranka. Winston, wciąż mając przy sobie teczkę z tą książką — w czasie pracy trzymał ją między nogami, a podczas snu pod głową — poszedł do domu, ogolił się i prawie zasnął w wannie, choć woda była tylko letnia.

Trzeszczenie w stawach przy każdym stawianym kroku było właściwie rozkoszne, kiedy wspinał się po schodach do pokoju nad sklepem pana Charringtona. Był zmęczony, ale nie czuł już senności. Otworzył drzwi, zapalił ogień na małej, brudnej kuchence i nastawił wodę na kawę. Wkrótce przyjdzie Julia, tymczasem ma książkę. Usiadł w sfatygowanym fotelu i rozpiął teczkę.

Ciężki tom, amatorsko oprawiony w czarną okładkę, bez nazwiska autora i tytułu. Nawet druk był nieco nieregularny. Kartki, wytarte na brzegach, łatwo wypadały — dowód, że książka przeszła przez wiele rąk. Na stronie tytułowej widniał napis:

Emmanuel Goldstein

TEORIA I PRAKTYKA OLIGARCHICZNEGO KOLEKTYWIZMU

(Winston zaczął czytać).

Rozdział 1.
IGNORANCJA TO SIŁA

Od początku czasów historycznych, a prawdopodobnie już od końca neolitu, żyły na świecie trzy warstwy ludzi: wyższa, średnia i niższa(67). Dzielono je na podgrupy, którym nadawano najrozmaitsze nazwy. Zarówno proporcje ilościowe, jak i stosunki pomiędzy warstwami, zmieniały się na przestrzeni kolejnych epok, jednak zasadnicza struktura społeczeństwa pozostawała taka sama. Z najpotężniejszych wstrząsów i na pozór nieodwracalnych zmian wyłaniał się w końcu — zawsze ten sam — podstawowy porządek, podobnie jak żyroskop(68) stale wraca do swojego pierwotnego położenia, niezależnie od tego, jak bardzo wychyli się w jedną czy drugą stronę.

Cele poszczególnych warstw są całkowicie rozbieżne…

Winston przerwał czytanie, głównie po to, żeby docenić fakt, iż właśnie oddaje się lekturze w komfortowych i bezpiecznych okolicznościach. Był sam; nie musiał obawiać się teleekranu, nikt nie podsłuchiwał przez dziurkę od klucza, nie pojawiał się impuls, żeby nerwowo zerkać przez ramię czy zasłaniać czytaną stronicę dłonią. Łagodny, letni wiatr muskał jego policzek. Z daleka dobiegały stłumione głosy dzieci. W pokoju, poza owadzim cykaniem zegara, było zupełnie cicho. Winston rozsiadł się wygodniej w fotelu i oparł stopy o kratę przed kominkiem. To była rozkosz, prawdziwy raj. W pewnej chwili — jak to się czasem zdarza podczas czytania książki, o której wiemy, iż przestudiujemy ją od deski do deski — otworzył tom w innym miejscu, trafiając na rozdział trzeci. Czytał dalej:

Rozdział 3.
WOJNA TO POKÓJ

Podział świata na trzy wielkie supermocarstwa był procesem, który dało się przewidzieć i który w istocie przewidziano jeszcze w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Po wchłonięciu Europy przez Rosję i Wielkiej Brytanii przez Stany Zjednoczone wyłoniły się dwie spośród trzech aktualnie istniejących potęg: Eurazja i Oceania. Trzecia, czyli Azja Wschodnia, pojawiła się jako oddzielny byt po kolejnej dekadzie chaotycznych walk. Granice pomiędzy trzema superpaństwami są w niektórych miejscach arbitralne, w innych zaś przesuwają się w zależności od sytuacji wojennej, w sumie jednak pozostają w zgodzie z geografią. Eurazja obejmuje północną część Europy i Azji — od Portugalii po cieśninę Beringa(69). Oceanię tworzą obie Ameryki, wyspy Oceanu Atlantyckiego, włączając w to Wielką Brytanię, Australia i Oceania oraz południowa część Afryki. Azja Wschodnia, mniejsza od pozostałych dwóch, ze słabiej wytyczoną granicą na zachodzie, obejmuje Chiny i państwa położone dalej na południe, wyspy Japonii, jak również zmiennej wielkości obszar na terytorium Mandżurii(70), Mongolii i Tybetu(71).

Zmieniają się sojusze, ale te trzy superpaństwa pozostają w stanie wojny nieprzerwanie od dwudziestu pięciu lat. Jednakże wojna nie jest już tożsama z desperacką, wyniszczającą walką, jak w pierwszych dekadach dwudziestego wieku. To działanie nastawione na ograniczone cele; żadna ze stron nie jest w stanie unicestwić pozostałych, nie ma żadnego istotnego uzasadnienia dla prowadzonych działań, nie istnieją też głębsze różnice ideologiczne pomiędzy walczącymi. Nie znaczy to, że sposób prowadzenia wojny albo dominujące postawy stały się mniej okrutne czy bardziej honorowe. Przeciwnie, histeria wojenna jest stałym i uniwersalnym zjawiskiem we wszystkich trzech mocarstwach. Gwałty, grabieże, mordowanie dzieci, traktowanie całych narodów jak niewolników, torturowanie jeńców, włączając w to takie akty okrucieństwa jak grzebanie czy gotowanie żywcem, stały się zwykłym sposobem działania, a jeśli dopuszczają się go własne wojska, a nie armia przeciwnika, działaniem uznawanym za chwalebne. Fizycznie wojna angażuje bardzo niewielki procent ludzi — głównie wysoko wykwalifikowanych specjalistów — i pociąga za sobą stosunkowo niewiele ofiar. O ile toczą się jakieś walki, dzieje się to na rubieżach, o których położeniu przeciętny człowiek ma tylko nikłe pojęcie, albo wokół pływających fortec, strzegących strategicznych punktów na morzach i oceanach. W głównych ośrodkach cywilizacji wojna oznacza jedynie permanentny brak dóbr konsumpcyjnych i, z rzadka, ataki rakietowe, w których ginie może kilkadziesiąt osób. W istocie wojna zmieniła swój charakter. Ściślej rzecz biorąc, zmieniły się priorytety walczących stron. Motywy, które już w ograniczonym stopniu występowały podczas konfliktów zbrojnych pierwszej połowy dwudziestego wieku, stały się dominujące, zostały rozpoznane i są obecnie świadomie wykorzystywane.

Żeby pojąć naturę współczesnej wojny — pomimo następującej co parę lat zmiany sojuszów jest to stale ten sam konflikt zbrojny — trzeba przede wszystkim zrozumieć, że nie może w niej dojść do radykalnych rozstrzygnięć. Żadne z trzech supermocarstw nie może zostać ostatecznie podbite, nawet przez połączone armie dwóch pozostałych. Rozkład sił jest zrównoważony, ponadto każde z państw posiada potężne, naturalne bariery ochronne. Eurazję zabezpiecza jej ogromna przestrzeń, Oceanię — rozległość Pacyfiku i Atlantyku, Azję Wschodnią — liczebność i pracowitość jej mieszkańców. Co więcej, nie istnieje żaden materialny przedmiot konfliktu. Wraz z ustanowieniem samowystarczalnych systemów ekonomicznych, gdzie o podaży decyduje lokalny popyt, pozyskiwanie nowych rynków zbytu — stanowiące siłę napędową dawnych wojen — nie jest już konieczne. Rywalizowanie o zasoby naturalne również przestało być sprawą życia i śmierci. Każde z trzech supermocarstw zajmuje tak ogromny obszar, że właściwie wszystko, czego potrzebuje, może zdobyć na własnym terytorium. Jedynym ekonomicznym uzasadnieniem wojny jest walka o siłę roboczą. Pomiędzy superpaństwami rozciąga się bowiem, nienależący do żadnego z nich, nieregularny czworobok z rogami w Tangerze(72), Brazzaville(73), Darwin(74) i Hongkongu(75); żyje tam mniej więcej jedna piąta populacji całego globu. To właśnie o panowanie nad tą gęsto zaludnioną częścią świata oraz nad okolicami bieguna północnego toczą się ciągłe batalie między trzema mocarstwami. W praktyce żadna z sił nigdy nie sprawuje wyłącznej kontroli nad całym tym terytorium. Niektóre obszary ustawicznie przechodzą z rąk do rąk, zaś możliwość uszczknięcia kolejnego fragmentu dzięki ekspresowej, zdradzieckiej akcji jest motywem dyktującym ciągłe roszady w sojuszach.

Na wszystkich terenach spornych znajdują się cenne minerały, a obszary zlokalizowane w niektórych strefach klimatycznych dostarczają ważnych produktów roślinnych, pozwalających wytwarzać w naturalny sposób kosztowne towary — takie jak na przykład kauczuk, którego syntetyczna produkcja jest dość droga. Przede wszystkim jednak terytorium to stanowi niewyczerpany rezerwuar taniej siły roboczej. Mocarstwo kontrolujące Afrykę równikową, Bliski Wschód, południe Indii czy wyspy Indonezji, dysponuje setkami milionów źle opłacanych, ciężko pracujących wyrobników. Mieszkańcy tych obszarów, na których bardziej lub mniej jawnie przywrócono niewolnictwo, ustawicznie przechodzą z rąk do rąk kolejnych zwycięskich najeźdźców, przez których są traktowani podobnie jak węgiel czy ropa, potrzebne do wyprodukowania większej ilości broni, żeby można było podbić więcej terytoriów, aby pozyskać więcej siły roboczej, dzięki której wyprodukuje się więcej broni, żeby podbić kolejne terytoria, i tak bez końca. Warto odnotować, że walki nigdy nie wychodzą poza linie demarkacyjne terenów spornych. Granica Eurazji przemieszcza się od dorzecza Konga(76) po północne brzegi Morza Śródziemnego; wyspy leżące na Oceanie Indyjskim i Pacyfiku przypadają to Oceanii, to Azji Wschodniej; przebiegająca przez Mongolię linia podziału między Eurazją a Azją Wschodnią nieustannie przesuwa się raz w jedną, raz w drugą stronę. Wszystkie mocarstwa roszczą sobie prawa do znacznych obszarów Arktyki, te jednak są w przeważającym stopniu niezamieszkane i niezbadane. De facto równowaga sił pozostaje zatem niemal niezachwiana, a terenów leżących w głębi mocarstw wojna zasadniczo nie dotyka. Co więcej, praca wyzyskiwanej ludności, zasiedlającej okolice równika, z punktu widzenia światowej ekonomii jest właściwie zbędna. Nie pomnaża bogactwa ludzkości, bo wszystko, co zostanie wyprodukowane, wykorzystuje się do celów wojennych, a celem wojny jest zawsze uzyskanie lepszej pozycji do prowadzenia kolejnych działań wojennych w przyszłości. Ciągła praca zniewolonych populacji przekłada się na zwiększenie tempa aktywności zbrojnej. Gdyby jednak nie istniały, struktura społeczeństwa i procesy, dzięki którym się utrzymuje, pozostałyby właściwie takie same.

Podstawowym celem współczesnej wojny (zgodnie z zasadami dwójmyślenia naczelne mózgi Partii Wewnętrznej jednocześnie są i nie są tego świadome) jest spożytkowanie produktów industrializacji, bez jednoczesnego podnoszenia poziomu życia ludzi. Od końca XIX wieku w funkcjonowanie społeczeństwa uprzemysłowionego wpisany był problem nadmiaru dóbr konsumpcyjnych. Obecnie, wziąwszy pod uwagę, że tylko nieliczne jednostki mają pod dostatkiem jedzenia, kwestia ta ewidentnie nie jest paląca i być może nie stałaby się istotna, nawet gdyby nie wdrożono sztucznych procesów niszczenia. Dzisiejszy świat jest ogołoconym, głodnym, wyniszczonym miejscem, radykalnie innym od świata, który istniał przed 1914 rokiem, i jeszcze bardziej różnym od tego, jaki miał nadejść w wyobrażonej przyszłości, budzącej w żyjących wówczas ludziach wielkie nadzieje. Na początku XX wieku wizja przyszłego społeczeństwa, niewiarygodnie zamożnego, bezpiecznego, wydajnego i zapewniającego wygodne życie swoim członkom — obraz lśniącego, aseptycznego świata ze szkła, stali i śnieżnobiałego betonu — pojawiała się w umyśle niemal każdej wykształconej osoby. Nauka i technologia rozwijały się w niesłychanym tempie i wydawało się logiczne, że proces ten będzie postępował dalej. Tak się nie stało, częściowo za sprawą zubożenia, będącego skutkiem licznych wojen i przewrotów, częściowo dlatego, że postęp naukowy i techniczny był pochodną swobody empirycznego myślenia, która w ściśle kontrolowanym środowisku nie miała szansy przetrwać. Ogólnie rzecz ujmując, cały świat jest dziś bardziej prymitywny niż pięćdziesiąt lat temu. W niektórych zacofanych obszarach dokonano postępu, wdrożono pewne nowe rozwiązania — o zastosowaniu wojennym lub policyjnym — ale eksperyment i wynalazczość właściwie przestały istnieć, a zniszczeń po wybuchach bomb atomowych z lat pięćdziesiątych nigdy nie naprawiono. Niemniej jednak, niebezpieczeństwo wynikające z uprzemysłowienia nadal jest aktualne. Odkąd pojawiły się pierwsze maszyny, wszyscy myślący ludzie zrozumieli, że oto następuje koniec człowieczego znoju, a co za tym idzie, w znacznej mierze także nierówności między ludźmi. Gdyby rozmyślnie użyto maszyn do tego celu, w ciągu kilku pokoleń dałoby się wyeliminować głód, pracę ponad siły, brud, analfabetyzm i choroby. I choć taki zamysł nie powstał, to jednak na zasadzie automatycznie zachodzącego procesu, w wyniku produkcji bogactwa, którego dystrybucji nie dało się powstrzymać, stopa życiowa przeciętnego człowieka uległa znacznej poprawie w ciągu pięćdziesięciu lat na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku.

Stało się jednak jasne, że ogólna poprawa warunków życia zagraża hierarchicznemu porządkowi społecznemu; w istocie, w jakimś sensie po prostu go niweczy. W świecie, w którym wszyscy pracują krótko, mają pod dostatkiem jedzenia, mieszkają w domach wyposażonych w łazienki i lodówki, posiadają samochody czy nawet samoloty, najoczywistsza i podstawowa nierówność znika. Powszechność zamożności prowadzi do zatarcia różnic. Można oczywiście wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym bogactwo, to znaczy dostęp do dóbr osobistych i luksusów, jest sprawiedliwie dystrybuowane, a mimo to władza spoczywa w rękach małej, uprzywilejowanej kasty. W praktyce jednak takie społeczeństwo nie byłoby stabilne. Bowiem gdyby wszyscy w równym stopniu cieszyli się czasem wolnym i dostatkiem, ogromna masa ludzi, dotychczas ogłupionych nędzą, zdobyłaby wykształcenie i nauczyła się samodzielnie myśleć, w wyniku czego prędzej czy później zrozumiałaby, że uprzywilejowana mniejszość nie pełni żadnej pożytecznej funkcji, i usunęłaby ją. Na dłuższą metę porządek hierarchiczny może funkcjonować tylko w warunkach biedy i ignorancji. Powrót do gospodarki opartej na rolnictwie, o którym marzyli niektórzy myśliciele na początku dwudziestego wieku, w ogóle nie wchodził już w grę. Niemal cały świat opanowała niejako instynktowna tendencja do coraz większej mechanizacji, a kraje technologicznie zacofane stawały się bezbronne w sensie militarnym i skazane na podbicie, bezpośrednie lub pośrednie, przez bardziej uprzemysłowionych rywali.

Zmuszenie mas do życia w biedzie — poprzez ograniczenie podaży dóbr — także nie stanowiło dobrego rozwiązania. W dużej mierze właśnie to miało miejsce w ostatniej fazie kapitalizmu, w latach 1920–1940. W wielu krajach pozwolono ekonomii popaść w stagnację, nie uprawiano ziemi, nie inwestowano w nowe środki produkcji, ogromną część ludności pozbawiono pracy i skazano na wegetację na rządowych zasiłkach. Jednak taka polityka prowadziła do osłabienia militarnego, a wynikającej z niej nędzy absolutnie nic nie uzasadniało, pojawił się więc opór. Wyzwanie polegało na tym, by utrzymywać w ciągłym ruchu machinę przemysłu, nie doprowadzając do zwiększenia rzeczywistej zamożności świata. Trzeba było produkować towary, nie mogły one jednak trafiać do ludzi. W praktyce jedynym rozwiązaniem tego problemu była ustawiczna wojna.

Istotą wojny jest niszczenie — nie tylko ludzi, lecz także efektów ich pracy. Wojna to sposób na obracanie w pył, wysadzanie w powietrze lub zatapianie na dnie morza materiałów i produktów, które w przeciwnym wypadku mogłyby zostać wykorzystane do zapewnienia społeczeństwu wygodnego życia, co w dłuższej perspektywie przełożyłoby się na wzrost świadomości jego członków. Produkcja broni, nawet jeśli nie ulegnie ona zniszczeniu w trakcie działań wojennych, jest znakomitym sposobem na spożytkowanie siły roboczej bez konieczności wytworzenia czegoś, co nadawałoby się do skonsumowania. Przykładowo, każda pływająca forteca wymaga nakładu pracy, który wystarczyłby do zbudowania kilkuset statków towarowych. Fortecę, która nie przynosi nikomu żadnego materialnego pożytku, niszczy się z czasem jako przestarzałą, następnie jeszcze większym nakładem sił i środków buduje się nową. Co do zasady, wysiłek wojenny planuje się zawsze w taki sposób, aby zużyć każdą nadwyżkę, która mogłaby pozostać po zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych populacji. W praktyce potrzeby te są zawsze zaniżane, przez co utrzymuje się stały niedobór połowy niezbędnych artykułów, jednak uznaje się taki stan za pożądany. Zmuszanie nawet uprzywilejowanych grup do funkcjonowania na granicy niedostatku jest wynikiem świadomej polityki, bo powszechna bieda zwiększa znaczenie drobnych przywilejów, podkreślając różnice między grupami. Według standardów z początku dwudziestego wieku, nawet życie członków Partii Wewnętrznej jest surowe i pracowite. Niemniej jednak luksusy, do których mają prawo — duże, dobrze urządzone mieszkania, ubrania uszyte z porządnych materiałów, lepszej jakości żywność, napoje i tytoń, dwaj lub trzej służący, prywatny samochód czy helikopter — oddzielają ich świat od świata członków Partii Zewnętrznej, którzy z kolei żyją w rzeczywistości niedostępnej dla ciemiężonych mas, nazywanych przez nas „prolami”. Nastroje społeczne przywodzą na myśl życie w oblężonym mieście, gdzie kawałek koniny decyduje o różnicy między bogactwem i biedą. Jednocześnie świadomość trwającej wojny i związanego z nią zagrożenia sprawia, że powierzenie całej władzy ograniczonej kaście zdaje się być naturalnym i nieuniknionym warunkiem przetrwania społeczności.

Wojna, jak wykażemy w dalszych partiach tekstu, nie tylko umożliwia niezbędną destrukcję, ale też dokonuje jej w sposób psychologicznie akceptowalny. Teoretycznie nadwyżkę dóbr dałoby się łatwo spożytkować, budując świątynie czy piramidy, kopiąc doły i ponownie je zasypując albo masowo paląc wyprodukowane towary. To jednak zapewniłoby jedynie ekonomiczną, a nie emocjonalną podstawę fukcjonowania społeczeństwa hierarchicznego. Nie chodzi o morale zwykłych ludzi, których poglądami nie trzeba się przejmować, dopóki pozostają zajęci pracą, lecz o stan ducha samej Partii. Nawet szeregowy członek Partii musi być kompetentny, pracowity, a wręcz inteligentny w pewnym ograniczonym zakresie, zarazem jednak pozostając łatwowiernym i niczego nieświadomym fanatykiem, którego emocje i nastroje sprowadzają się do strachu, nienawiści, poddańczego uwielbienia oraz orgiastycznej pychy. Innymi słowy, jego mentalność musi być dostosowana do warunków. Nieważne, czy wojna rzeczywiście trwa, a skoro ostateczne rozstrzygnięcie konfliktu nie wchodzi w grę, to nieważne też, czy wojna toczy się pomyślnie. Konieczne jest jedynie, aby trwała. Rozdwojenie świadomości, którego Partia wymaga od swoich członków i które łatwiej osiągnąć w sytuacji konfliktu zbrojnego, jest obecnie niemal uniwersalne, ale zaznacza się tym mocniej, im wyżej sięgniemy w strukturach władzy. To właśnie w Partii Wewnętrznej histeria wojenna i nienawiść do wroga są najsilniejsze. Wykonujący funkcje administracyjne członkowie Partii Wewnętrznej muszą mieć świadomość, że ta czy inna wiadomość z frontu nie jest prawdziwa, mogą też rozumieć, że wojna jako taka jest zbędna — i albo w ogóle się nie toczy, albo toczy się z zupełnie innych powodów niż deklarowane — jednak wiedzę tę skutecznie neutralizuje się za pomocą dwójmyślenia. Dzięki niemu mistyczna wiara członków Partii Wewnętrznej w realność wojny i pewność zwycięstwa pozostaje niezachwiana; nikt nie wątpi nawet przez moment, że Oceania jest niekwestionowanym władcą całego świata.

Dla wszystkich członków Partii Wewnętrznej nadchodzący podbój świata jest przedmiotem religijnego credo. Dokona się on albo poprzez stopniowe zajmowanie kolejnych terytoriów, za którym pójdzie budowanie bezkonkurencyjnej siły, albo przez odkrycie nowej, niezwyciężonej broni. Bez ustanku poszukuje się innowacyjnych narzędzi walki; jest to jedna z niewielu dziedzin, w których twórczy czy spekulatywny umysł może się jeszcze wykazać. Obecnie w Oceanii nauka, w dawnym sensie tego słowa, już nie istnieje. W nowomowie nie ma słowa oznaczającego „naukę”. Myśl empiryczna, na której w przeszłości wyrosły odkrycia naukowe, jest sprzeczna z podstawowymi zasadami angsocu. Rozwój technologii postępuje tylko w takim zakresie, w jakim służy dalszemu ograniczaniu ludzkiej wolności. We wszystkich dyscyplinach nauk stosowanych panuje stagnacja lub regres. W rolnictwie używa się bron ciągniętych przez konie, podczas gdy maszyna pisze książki. Natomiast w dziedzinach najbardziej kluczowych — czyli w wojskowości i policji — wspiera się, a w każdym razie toleruje, podejście empiryczne. Dwa cele Partii to podbicie całej Ziemi i absolutne zniszczenie niezależnego myślenia. Partia musi zatem rozwiązać dwa poważne problemy. Po pierwsze, jak wbrew woli człowieka uzyskać dostęp do jego myśli, a po drugie, w jaki sposób błyskawicznie i bez ostrzeżenia zabić paręset milionów ludzi. Jeśli w ogóle prowadzi się jeszcze badania naukowe, dotyczą one właśnie tych kwestii. Dzisiejszy naukowiec jest albo połączeniem psychologa i inkwizytora, badającym szczegóły ludzkiej mimiki, gestów i tonu głosu, analizującym wpływ substancji psychoaktywnych, terapii szokowej, hipnozy i tortur na prawdomówność, albo chemikiem, fizykiem lub biologiem, zainteresowanym tylko tymi działami danej dyscypliny, które mogą przyczynić się do sprawniejszego odbierania życia. W ogromnych laboratoriach Ministerstwa Pokoju, w stacjach badawczych ukrytych w brazylijskiej dżungli, na pustyniach Australii czy odludnych wyspach Antarktyki niestrudzenie pracują zespoły ekspertów. Niektórzy planują jedynie logistykę przyszłych wojen, inni opracowują coraz większe pociski rakietowe, coraz potężniejsze materiały wybuchowe i jeszcze skuteczniejsze opancerzenie, kolejni — nowe, bardziej zabójcze gazy czy też rozpuszczalne trucizny, które dałoby się wyprodukować w takiej ilości, żeby zniszczyć roślinność całego kontynentu, lub odmiany mikroorganizmów chorobotwórczych odpornych na wszelkie możliwe leki; jeszcze inni pracują nad pojazdem, który mógłby poruszać się pod ziemią, jak łódź podwodna porusza się w głębinach morza, albo samolotem tak niezależnym od bazy jak żaglowiec; są wreszcie i tacy, którzy badają jeszcze bardziej odległe możliwości, jak skupienie wiązki promieni słonecznych w soczewce zawieszonej tysiące kilometrów nad ziemią lub sztuczne wywoływanie trzęsień ziemi i potężnych pływów poprzez wykorzystanie wysokich temperatur panujących wewnątrz Ziemi.

Jednak żaden z tych projektów nie jest nigdy bliski ukończenia, żadne z trzech superpaństw nie uzyskuje znaczącej przewagi. Należy odnotować, że wszystkie mają już bombę atomową, czyli broń o wiele potężniejszą od tej, którą mogliby w istniejących warunkach wynaleźć współcześni naukowcy. Choć Partia, zgodnie ze swoim zwyczajem, przypisuje sobie to odkrycie, pierwsze bomby atomowe pojawiły się już w latach czterdziestych. Mniej więcej dekadę później użyto ich na masową skalę. Zrzucono wtedy setki takich bomb na centra przemysłowe, głównie w europejskiej części Rosji, Europie Zachodniej i Ameryce Północnej. W efekcie elity sprawujące władzę na całym świecie doszły do wniosku, że następne bomby będą oznaczały koniec jakiejkolwiek organizacji społecznej, a zatem także kres ich rządów. Nie podpisano żadnego formalnego porozumienia, ale kolejne bomby już nie spadły. Wszystkie trzy superpaństwa dalej produkują broń atomową i składują ją w oczekiwaniu na decydujący moment, który, jak wszyscy wierzą, prędzej czy później nadejdzie. Tymczasem sztuka wojenna nie posunęła się właściwie naprzód od trzech czy czterech dekad. Częściej używa się helikopterów, bombowce zastąpiono pociskami samosterującymi, szybkie, lecz łatwe do wyeliminowania okręty ustąpiły miejsca niemal niezniszczalnym pływającym fortecom — poza tym jednak nie widać znaczącego progresu. Czołgi, łodzie podwodne, torpedy, karabiny maszynowe, jak również sztucery i granaty ręczne nadal pozostają w użyciu. Choć prasa i teleekrany donoszą o niekończących się rzeziach, desperackie walki, charakteryzujące dawne konflikty zbrojne, w których w ciągu paru tygodni ginęły setki tysięcy czy nawet miliony ludzi, nie powtórzyły się więcej.

Żadne z trzech supermocarstw nie ryzykuje nigdy posunięcia, które mogłoby zakończyć się dla niego poważną klęską; jedyne większe operacje wojenne to podstępne ataki na siły przeciwnika. Wszystkie trzy stosują tę samą strategię albo udają, że ją stosują. Plan działania polega na tym, żeby za pomocą walk, pertraktacji i nagłej zdrady otoczyć własnymi bazami jednego z rywali, a następnie podpisać z nim pakt o nieagresji i przestrzegać go dostatecznie długo, żeby uśpić czujność drugiej strony. W tym czasie we wszystkich strategicznych punktach należy zgromadzić rakiety z głowicami atomowymi, żeby dało się je odpalić, powodując zniszczenia tak ogromne, iż żaden odwet nie będzie możliwy. Wtedy należy podpisać pakt o nieagresji z trzecim z supermocarstw i rozpocząć przygotowania do kolejnego ataku. Nie trzeba nawet wyjaśniać, iż plan ten jest czystą fantazją, niemożliwą do zrealizowania. Walki nie toczą się nigdy poza terenami spornymi (w okolicach równika i bieguna północnego), nigdy nie następuje zatem faktyczne zajęcie terytoriów wroga. To wyjaśnia, dlaczego w niektórych miejscach granice między supermocarstwami są całkowicie arbitralne. Na przykład Eurazja z łatwością mogłaby podbić Wyspy Brytyjskie, geograficznie przynależące do Europy; z kolei Oceania mogłaby przesunąć swoje granice aż do linii Renu(77) czy Wisły(78). To by jednak pogwałciło niepisaną, ale przestrzeganą przez wszystkie strony, zasadę integralności kulturowej. Gdyby Oceania podbiła tereny znane niegdyś jako Francja czy Niemcy, musiałaby albo eksterminować mieszkańców, co nastręcza dużych trudności natury pragmatycznej, albo doprowadzić do asymilacji jakichś stu milionów ludzi, pod względem rozwoju technicznego pozostających mniej więcej na poziomie Oceanii. Każde z trzech supermocarstw napotyka podobne problemy. Trwałość ich struktur wymaga unikania wszelkich kontaktów z cudzoziemcami, poza jeńcami wojennymi i ciemnoskórymi niewolnikami. Nawet na aktualnego sojusznika spogląda się z najwyższą podejrzliwością. Wyłączając jeńców wojennych, przeciętny mieszkaniec Oceanii nigdy nie spotka mieszkańca Eurazji czy Azji Wschodniej, zabroniona jest nauka i używanie języków obcych. Gdyby zezwolono na kontakt z obcokrajowcami, ludzie mogliby odkryć, iż w istocie są oni istotami bardzo podobnymi do nich samych i że większość z tego, co się o nich mówi, to kłamstwa. Izolacja, w której żyją, zostałaby przerwana, strach, nienawiść i poczucie wyższości, na których buduje się wojenne morale, mogłyby zniknąć w jednej chwili. Wszystkie strony zdają sobie zatem sprawę, że niezależnie od tego, ile razy Persja(79), Egipt, Jawa(80) czy Cejlon(81) przejdą z rąk do rąk, tylko bombom wolno przekraczać najważniejsze granice.

Stoi za tym również inny fakt, o którym nigdy nie mówi się otwarcie, choć wszyscy milcząco zdają sobie z niego sprawę: warunki życia we wszystkich trzech superpaństwach są bardzo zbliżone. Dominująca w Oceanii filozofia nosi nazwę angsocu, w Eurazji — neo-bolszewizmu, zaś w Azji Wschodniej używa się chińskiego wyrażenia, tłumaczonego przeważnie jako „kult śmierci”, choć oznacza ono raczej unicestwienie własnej jaźni. Obywatele Oceanii nie mogą nic wiedzieć o przesłankach dwóch pozostałych systemów, uczy się ich jednak potępiać je jako barbarzyńskie, niemoralne i urągające zdrowemu rozsądkowi. W istocie wszystkie trzy ideologie są prawie niemożliwe do rozróżnienia, a bazujące na nich systemy społeczne — wręcz identyczne. Wszędzie panuje taka sama piramidalna struktura, ten sam kult nieomal boskiego władcy, identyczna ekonomia — w służbie niekończącej się wojny i na niej się opierająca. W efekcie żadne z trzech supermocarstw nie tylko nie może podbić drugiego, ale też niczego by w ten sposób nie zyskało. Przeciwnie, dopóki pozostają w konflikcie, wspierają się jak trzy snopki kukurydzy. W tej kwestii również elity polityczne wszystkich trzech mocarstw zarazem są i nie są świadome tego, co robią. Poświęcają życie idei podboju świata, jednocześnie jednak wiedzą, że wojna musi ciągnąć się w nieskończoność, bez ostatecznego zwycięstwa. Fakt, że nie istnieje ryzyko definitywnej aneksji, umożliwia ciągłe wypieranie rzeczywistości, co stanowi sedno zarówno angsocu, jak i dwóch pozostałych systemów filozoficznych. Trzeba tu powtórzyć coś, co zostało już powiedziane, a mianowicie, że wojna — stając się przedsięwzięciem bezkresnym — zmieniła swój charakter.

W dawnych czasach wojna, niejako z definicji, wcześniej lub później kończyła się definitywnym zwycięstwem lub porażką jednej ze stron. Była też dla ludzkich społeczeństw sposobem na zakotwiczenie się w rzeczywistości. Wszyscy władcy w różnych epokach usiłowali narzucić swoim poddanym fałszywy obraz świata, jednak nie mogli sobie pozwolić na ugruntowanie w ludziach iluzji, która obniżyłaby ich skuteczność bojową. Kiedy przegrana oznacza utratę suwerenności lub inny rezultat powszechnie uznawany za niepożądany, trzeba na poważnie i z zaangażowaniem walczyć o zwycięstwo. Nie da się ignorować rzeczywistości. W filozofii, w religii, etyce czy polityce dwa plus dwa może równać się pięć, kiedy jednak projektuje się pistolet albo samolot, dwa plus dwa musi równać się cztery. Narody, którym brakło skuteczności, wcześniej lub później upadły, a walka o przetrwanie nie idzie w parze z podtrzymywaniem iluzorycznego obrazu świata. Skuteczność oznacza ponadto umiejętność wyciągania wniosków z przeszłości, co jest możliwe tylko wtedy, kiedy w społeczeństwie istnieje względnie wierny obraz historii. Prasa i książki historyczne nigdy nie były, rzecz jasna, wolne od stronniczości, ale fałszowanie historii na taką skalę, na jaką ma ono miejsce dzisiaj, dawniej było niemożliwe. Ryzyko wojny stało na straży zdrowego rozsądku — z punktu widzenia klasy rządzącej był to czynnik najważniejszy. Dopóki wojna kończyła się zwycięstwem lub klęską, rządzący nie byli całkowicie bezkarni.

Kiedy jednak konflikt zbrojny zamienia się w proces ciągły, przestaje stanowić zagrożenie. Gdy wojna toczy się nieprzerwanie, nie działa coś takiego jak wyższa konieczność bojowa. Postęp techniczny może się zatrzymać, najoczywistsze fakty można przekręcić lub zignorować. Jak już powiedzieliśmy, w przemyśle zbrojeniowym nadal prowadzi się badania, które określilibyśmy mianem naukowych, sprowadzają się one jednak do fantazjowania, a brakiem konkretnych wyników nikt się nie przejmuje. Skuteczność, nawet militarna, nie jest już potrzebna. W Oceanii skuteczna jest tylko myślopolicja. Ponieważ żadnemu z trzech mocarstw nie grozi podbój, każde z nich jest oddzielnym kosmosem, w obrębie którego można wprowadzać dowolnie absurdalne koncepcje. Rzeczywistość upomina się o swoje prawa tylko wtedy, gdy w grę wchodzą podstawowe potrzeby życiowe — ludzie muszą coś jeść i pić, mieć dach nad głową i odzież, unikać trucizn, nie wypaść z okna wieżowca i tak dalej. Nadal istnieje rozróżnienie między życiem i śmiercią czy przyjemnością i bólem — i to wszystko. Odcięty od wszelkiego kontaktu ze światem zewnętrznym i z przeszłością, obywatel Oceanii jest jak człowiek zagubiony w przestrzeni kosmicznej — nie ma pojęcia, gdzie góra, gdzie dół. Rządzący takim państwem mają władzę absolutną, potężniejszą niż niegdyś faraonowie czy cesarze. Muszą jedynie dbać, aby ich poddani nie umierali z głodu tak licznie, że stałoby się to niewygodne; powinni też pozostawać na podobnie niskim poziomie zaawansowania militarnego jak rywale. Jednak poza tym minimum mogą dowolnie manipulować rzeczywistością.

Tak więc obecna wojna, jeśli mierzyć ją standardami dawnych konfliktów zbrojnych, jest po prostu fikcją. Przypomina walki toczone przez samce niektórych przeżuwaczy, których rogi wyrastają pod takim kątem, że zwierzęta nie mogą wyrządzić sobie żadnej krzywdy. Choć nierzeczywista, wojna nie jest jednak pozbawiona znaczenia. Pochłania nadwyżkę dóbr konsumpcyjnych i pomaga konserwować typ mentalności, niezbędny do funkcjonowania społeczeństwa hierarchicznego. Wojna, jak zobaczymy, jest obecnie wyłącznie sprawą wewnętrzną danego państwa. W przeszłości rządzący poszczególnymi krajami naprawdę walczyli przeciwko innym narodom, a zwycięzca łupił pokonanego, choć świadomość wspólnoty interesów kazała mu ograniczać rozmiary wyrządzanych zniszczeń. Dziś państwa nie wojują między sobą. Klasy rządzące toczą wojnę z własnymi poddanymi, a jej celem nie jest zdobywanie nowych terytoriów lub ochrona starych, tylko zachowanie struktury społecznej w niezmienionej formie. Słowo „wojna” stało się zatem mylące. Należałoby zauważyć, że wojna, odkąd zamieniła się w proces ciągły, przestała istnieć. Ten rodzaj presji, który zagrożenie konfliktem zbrojnym wywierało na ludzi od neolitu po wczesny wiek dwudziesty, przestał istnieć i został zastąpiony czymś zupełnie innym. Gdyby trzy supermocarstwa, zamiast walczyć ze sobą, zdecydowały żyć w wiecznym pokoju, nie naruszając wzajemnie swoich granic, efekt byłby taki sam. Bowiem i wtedy każde z nich stanowiłoby samowystarczalny wszechświat, na zawsze uwolniony od zewnętrznego niebezpieczeństwa. Trwały pokój niczym by się nie różnił od ciągłej wojny. Właśnie taki jest ukryty sens sloganu, który ogromna większość członków Partii rozumie tylko powierzchownie: WOJNA TO POKÓJ.

Winston przerwał na moment lekturę. W oddali rozległ się huk eksplodującej rakiety. Fakt samotnego przebywania z zakazaną książką w pomieszczeniu bez teleekranu nadal sprawiał mu błogą przyjemność. Odosobnienie i poczucie bezpieczeństwa były wręcz fizycznymi doznaniami, powiązanymi w jakiś sposób ze zmęczeniem, miękkością fotela i pieszczotą wpadającego przez okno wiatru na policzku. Był zafascynowany książką, potwierdzała jego przypuszczenia. W pewnym sensie nie dowiedział się z niej niczego nowego, ale właśnie na tym polegała jej atrakcyjność. Sam mógłby napisać to, co czytał, gdyby tylko miał szansę uporządkować chaotyczne myśli. Wywód wypływał z umysłu podobnego do umysłu Winstona, tyle że o wiele potężniejszego, bardziej usystematyzowanego, mniej zalęknionego. Najlepsze książki, pomyślał, to te, które ujmują w słowa to, o czym już w głębi ducha wiesz. Otworzył ponownie na rozdziale pierwszym, ale usłyszał kroki Julii na schodach i podniósł się z krzesła, żeby ją przywitać. Rzuciła na podłogę swoją brązową torbę na narzędzia i padła w jego objęcia. Nie widzieli się od ponad tygodnia.

— Mam książkę — powiedział, kiedy tylko wyswobodziła się z jego ramion.

— Ach tak? To świetnie — odparła, nieszczególnie zainteresowana, po czym przyklękła przy kuchence, żeby zaparzyć kawę.

Wrócili do tego wątku dopiero po pół godzinie spędzonej w łóżku. Zrobiło się akurat na tyle chłodno, żeby przykryć się kapą. Z dołu dochodził znajomy śpiew i szuranie butów o bruk. Krzepka kobieta o czerwonych ramionach, którą Winston zobaczył podczas swojej pierwszej wizyty, stanowiła niezmienny element scenografii podwórka. Nie było chyba takiej godziny w ciągu dnia, żeby nie kursowała między balią a sznurem, z ustami na zmianę pełnymi klamerek do bielizny i zmysłowej piosenki. Julia ułożyła się na boku i zdawało się, że zaraz zaśnie. Winston sięgnął po leżącą na podłodze książkę i wsparł się o wezgłowie.

— Musimy ją przeczytać — powiedział. — Ty też. Wszyscy członkowie Bractwa są do tego zobligowani.

— Ty przeczytaj — odparła z zamkniętymi oczami. — Przeczytaj mi na głos, tak będzie najlepiej. Możesz po drodze wyjaśniać mi różne kwestie.

Zegar wskazywał szóstą, była więc osiemnasta. Mieli przed sobą trzy lub cztery godziny. Oparł książkę o kolana i zaczął czytać:

Rozdział 1.
IGNORANCJA TO SIŁA

Od początku czasów historycznych, a prawdopodobnie już od końca neolitu, żyły na świecie trzy warstwy ludzi: wyższa, średnia i niższa. Dzielono je na podgrupy, którym nadawano najrozmaitsze nazwy. Zarówno proporcje ilościowe, jak i stosunki pomiędzy warstwami, zmieniały się na przestrzeni kolejnych epok, jednak zasadnicza struktura społeczeństwa pozostawała taka sama. Z najpotężniejszych wstrząsów i na pozór nieodwracalnych zmian wyłaniał się w końcu — zawsze ten sam — podstawowy porządek, podobnie jak żyroskop stale wraca do swojego pierwotnego położenia, niezależnie od tego, jak bardzo wychyli się w jedną czy drugą stronę.

— Nie śpisz, Julio? — spytał Winston.

— Nie, kochany, słucham. Czytaj dalej. To wspaniałe.

Kontynuował lekturę:

Cele poszczególnych warstw są całkowicie rozbieżne. Najwyższa dąży do utrzymania swojej pozycji. Środkowa zmierza do zamiany miejscami z najwyższą. Zamiarem niższej — o ile w ogóle go ma, bo jej przedstawiciele są tak przygnieceni nędzą, że tylko chwilami obejmują świadomością cokolwiek poza podstawowymi sprawami bytowymi — jest obalenie wszelkich różnic klasowych i stworzenie społeczeństwa, w którym wszyscy będą równi. Na przestrzeni dziejów wciąż toczą się walki, w zarysach przebiegające zawsze tak samo. Przez długie okresy wydaje się, że pozycja najwyższej warstwy jest zabezpieczona, prędzej czy później przychodzi jednak moment, kiedy jej reprezentanci tracą wiarę w siebie lub umiejętność skutecznego rządzenia — albo obie te rzeczy. Zostają wtedy obaleni przez przedstawicieli warstwy średniej, która mobilizuje do pomocy niższą, oszukując ją, że idzie o zaprowadzenie powszechnej sprawiedliwości i wolności. Kiedy tylko zdobędą władzę, członkowie warstwy średniej podporządkowują sobie warstwę niższą, a sami przechodzą na pozycję wyższej. Z jednej lub obydwu pozostałych grup wyłania się nowa warstwa średnia i walka zaczyna się od nowa. Spośród trzech grup tylko tej najniższej nigdy nie udaje się choćby na chwilę zrealizować swoich celów. Powiedzieć, że w perspektywie historycznej nie dokonał się żaden materialny postęp, byłoby przesadą. Nawet dziś, w okresie zapaści gospodarczej, standard życia przeciętnego człowieka jest wyższy niż parę wieków wcześniej. Jednak żadne wzbogacenie się, żaden progres cywilizacyjny, żadna reforma czy rewolucja nie zbliżyła nigdy ludzi do pełnej równości. Z punktu widzenia warstwy najniższej wszelkie przełomy historyczne sprowadzały się do zmiany nazwy panów.

Pod koniec dziewiętnastego wieku wielu obserwatorów dostrzegło powtarzalność tego wzoru. Wyłoniły się nurty, interpretujące historię jako proces cykliczny i próbujące dowodzić, iż nierówności stanowią nieusuwalny element ludzkiej egzystencji. Rzecz jasna, zawsze obecni byli w społeczeństwie wyznawcy takiej doktryny, teraz jednak formułowano ją bardziej dobitnie. Dawniej to warstwa wyższa postulowała konieczność istnienia hierarchicznej struktury społecznej. Na taką potrzebę wskazywali królowie i arystokraci, a także kapłani, prawnicy i podobne pasożyty z otoczenia grup rządzących; ziemska nierówność łagodzona była przeważnie obietnicą nagrody w wyobrażonej rzeczywistości pozagrobowej. Warstwa średnia, która walczyła o władzę, chętnie sięgała po takie idee jak wolność, sprawiedliwość i braterstwo. Obecnie jednak pojęcie braterstwa zostało zaatakowane przez ludzi nieznajdujących się jeszcze na pozycji władzy, a jedynie mających nadzieję, że ją zdobędą. W przeszłości warstwa średnia przeprowadzała rewolucje pod sztandarem równości, żeby ustanowić własną tyranię, kiedy tylko uda się obalić poprzednią. Nowi przedstawiciele tej grupy przejawiali skłonność do dyktatury jeszcze przed rewoltą. Socjalizm, teoria, która pojawiła się na początku dziewiętnastego wieku i stanowiła ostatnie ogniwo w łańcuchu sięgającym rebelii niewolników w czasach starożytnych, pozostawał pod przemożnym wpływem dawnego myślenia utopijnego. Ale warianty socjalizmu, tworzone po 1900 roku, coraz bardziej otwarcie odżegnywały się od idei wolności i równości. Nowe ruchy, które powstały w połowie stulecia — angsoc w Oceanii, neo-bolszewizm w Eurazji, a w Azji Wschodniej prąd zwany powszechnie „kultem śmierci” — świadomie zmierzały do umocnienia niewoli i silnie zhierarchizowanej struktury społecznej. Te nowe ideologie wyrosły, rzecz jasna, na glebie dawnych nurtów myślowych; uznawały się za ich spadkobierców i powoływały na ich system wartości, ale celem obecnych ruchów było zatrzymanie postępu i zamrożenie procesów historycznych w wybranym momencie. Znajome wahadło miało wychylić się jeszcze tylko raz, a następnie znieruchomieć. Jak zwykle, warstwa najwyższa zostałaby obalona przez średnią, która w wyniku tego przewrotu zajęłaby jej miejsce. Jednak tym razem, dzięki świadomej strategii, nowi władcy mieli panować już na zawsze.

Do wyłonienia się nowych doktryn przyczyniło się nagromadzenie wiedzy historycznej i wyostrzenie zmysłu historycznego, który do dziewiętnastego wieku właściwie nie istniał. Zaczęto dostrzegać cykliczną powtarzalność procesów dziejowych, a skoro stała się ona czytelna, oznaczało to, że można było mieć na nią wpływ. Jednak podstawowym, choć ukrytym źródłem nowych zjawisk był fakt, że na początku dwudziestego wieku równość między ludźmi stała się teoretycznie możliwa. Nadal różnili się oni pod względem wrodzonych zdolności, a zatem ich role społeczne musiały być zdywersyfikowane — w sposób faworyzujący niektóre jednostki — jednak rozbieżności między klasami społecznymi czy przepaść między bogatymi a biednymi nie miały już uzasadnienia. Dawniej podziały klasowe były nie tylko nieuniknione, ale wręcz pożądane. Nierówności były ceną postępu cywilizacyjnego. Jednak wraz z rozwojem produkcji przemysłowej wszystko się zmieniło. Ludzie nadal musieli wykonywać różne rodzaje pracy, ale społeczne czy ekonomiczne różnice w poziomie życia przestały być zjawiskiem nieuchronnym. Toteż z punktu widzenia grup, które miały przejąć władzę, równość nie była już priorytetem, o który należało walczyć, tylko zagrożeniem, którego powinno się wystrzegać. W bardziej prymitywnych czasach, kiedy społeczeństwo oparte na idei pokoju i sprawiedliwości nie miało racji bytu, ludzie chętniej skłonni byli wierzyć w ideał równości. Myśl o ziemskim raju, gdzie wszyscy żyją jak bracia, a prawo i wyzysk nie istnieją, nawiedzała zbiorową wyobraźnię od tysiącleci. Wizja ta była do pewnego stopnia atrakcyjna nawet dla grup, które w istocie korzystały na poszczególnych przemianach historycznych. Spadkobiercy francuskiej, angielskiej i amerykańskiej rewolucji wierzyli do jakiegoś stopnia w głoszone przez siebie idee praw człowieka, wolności słowa, równości wobec prawa i tym podobne; hasła te w pewnej mierze kształtowały ich postępowanie. Ale już na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku cała myśl polityczna stała się autorytarna. Ideę raju na ziemi zdyskredytowano akurat wtedy, gdy stała się możliwa do zrealizowania. Każda nowa teoria polityczna, jakkolwiek brzmiałaby jej nazwa, prowadziła do hierarchiczności i terroru. Powszechny konserwatyzm poglądów, charakterystyczny dla tego okresu, sprawił, iż powrócono do dawnych, porzuconych przed wiekami praktyk, jak przetrzymywanie więźniów bez procesu, zmuszanie jeńców wojennych do niewolniczej pracy, publiczne egzekucje, wymuszanie zeznań torturami, porywanie zakładników oraz deportacje całych populacji; działania te nie tylko stały się powszechne, ale były również tolerowane przez ludzi uważających się za światłych i postępowych.

Dopiero po dekadzie wojen narodowych, wojen domowych, rewolucji i kontrrewolucji na całym świecie angsoc i pozostałe ideologie wyłoniły się jako gotowe teorie polityczne. Ich zapowiedzią były wcześniejsze systemy, zwykle określane jako totalitarne, które pojawiły się na początku wieku; zarysy świata, który stopniowo wyłaniał się z ogólnego chaosu, od dawna dało się przewidzieć. Dało się też przewidzieć, kto będzie takim światem rządzić. Na nową arystokrację składali się głównie biurokraci, naukowcy, technicy, etatowi działacze związków zawodowych, eksperci od wizerunku, socjologowie, dziennikarze i zawodowi politycy. Ludzi tych, wywodzących się z pracującej inteligencji i górnych warstw klasy robotniczej, ukształtowała i zbliżyła bezlitosna rzeczywistość zmonopolizowanego przemysłu i scentralizowana struktura władzy. W zestawieniu z dawną arystokracją byli mniej zachłanni w odniesieniu do dóbr materialnych, za to bardziej pragnęli władzy; stali się też bardziej świadomi własnych czynów i okrutniejsi wobec opozycji. Ta ostatnia różnica jest fundamentalna. W porównaniu z panującą obecnie tyranią wszystkie poprzednie totalitaryzmy sprawiają wrażenie nieudolnych, amatorskich prób. Dawne grupy rządzące były zawsze do pewnego stopnia skażone liberalizmem. Chętnie zostawiały ludziom pewien zakres swobody, skupiając się na postępowaniu swoich poddanych — bez wnikania w to, co myślą. Nawet średniowieczny Kościół katolicki należałoby, według dzisiejszych standardów, określić jako tolerancyjny. Było tak po części dlatego, że w przeszłości żaden rząd nie miał wystarczającej władzy, żeby sprawować stałą kontrolę nad swoimi poddanymi. Wynalazek druku sprawił, że manipulowanie opinią publiczną stało się łatwiejsze, a radio i film pchnęły ten proces jeszcze dalej. Wraz z wymyśleniem telewizora i rozwojem technologii, pozwalającej na jednoczesne transmitowanie i odbieranie treści przez to samo urządzenie, skończyła się prywatność. Każdy obywatel, a w każdym razie każdy obywatel wart podglądania, mógł być obserwowany przez policję i bombardowany oficjalną propagandą przez 24 godziny na dobę, przy całkowitym odcięciu wszystkich innych kanałów komunikacji. Pierwszy raz państwo miało możliwość wymusić nie tylko absolutne posłuszeństwo wobec własnej woli, ale też całkowitą jednomyślność we wszystkich sprawach.

Po rewolucyjnych latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ponownie wyłoniły się trzy warstwy społeczne: wyższa, średnia i niższa. Jednak nowa warstwa wyższa, inaczej niż poprzednie, nie działała już instynktownie, ponieważ dobrze wiedziała, co należy zrobić, żeby zabezpieczyć swoją pozycję. Dawno już zrozumiano, że jedyną pewną podstawą dla oligarchii jest kolektywizm. Bogactwa i przywileju najłatwiej bronić, kiedy należą do całej grupy. Tak zwane „obalenie własności prywatnej”, które miało miejsce w połowie wieku, w istocie oznaczało większą niż wcześniej jej koncentrację, z tą różnicą, że nowa klasa posiadająca stanowiła zwartą grupę, a nie zbiór jednostek. Jako jednostka żaden członek Partii nie posiada na własność niczego poza osobistymi drobiazgami. Kolektywnie Partia jest właścicielką całego majątku Oceanii, ponieważ kontroluje wszystkie dobra i dysponuje nimi zgodnie z własną wolą. W okresie następującym po Rewolucji Partia przejęła władzę, nie napotykając właściwie żadnego oporu, cały proces przedstawiono bowiem jako kolektywizację. Od zawsze istniało założenie, że po wywłaszczeniu kapitalistów nastąpi socjalizm; nie da się zaprzeczyć, iż kapitaliści faktycznie zostali pozbawieni posiadanych majątków. Fabryki, kopalnie, ziemia, domy, środki transportu — odebrano im wszystko. A skoro owe rzeczy nie stanowiły już własności prywatnej, oznaczało to, że stały się dobrami publicznymi. Angsoc, który wyrósł z wcześniejszego ruchu socjalistycznego i odziedziczył jego frazeologię, wprowadził w życie główny punkt programu socjalistów, z takim jednak — w pełni zamierzonym — skutkiem, że nierówności ekonomiczne zostały utrwalone na dobre.

Utrwalenie hierarchicznej struktury społecznej jest jednak bardziej skomplikowane. Grupa sprawująca władzę może stracić przywództwo tylko na cztery sposoby. Albo zostanie pokonana z zewnątrz; albo rządzi tak nieudolnie, że sprowokuje masy do rewolty; albo pozwoli na wyłonienie się silnej i niezadowolonej warstwy średniej; albo wreszcie straci pewność siebie i wolę rządzenia. Przyczyny te nie działają rozdzielnie, przeważnie wszystkie cztery są w jakimś stopniu współobecne. Klasa rządząca, zabezpieczona przed tymi wszystkimi wariantami utraty władzy, mogłaby sprawować ją bez końca. Czynnikiem decydującym jest ostatecznie mentalność przedstawicieli tej grupy.

W szóstej dekadzie obecnego wieku pierwsze z tych niebezpieczeństw właściwie przestało istnieć. Każde z trzech supermocarstw, panujących obecnie nad światem, jest w istocie niepokonane; ten stan rzeczy mógłby ulec zmianie jedynie na skutek powolnych transformacji demograficznych, którym rząd o wystarczająco rozległej władzy z łatwością może zapobiec. Również drugie niebezpieczeństwo istnieje tylko w teorii. Masy nigdy nie buntują się z własnej inicjatywy i nie stawiają oporu jedynie z powodu doświadczanego ucisku. W istocie, dopóki nie mają skali porównawczej, nie zdają sobie sprawy, że są ciemiężone. Kryzysów ekonomicznych, stale powracających w dawnych czasach, można było uniknąć i dziś nie pozwala się już, żeby zaistniały, a inne, równie poważne zaburzenia, choć zdarzają się od czasu do czasu, nie mają skutków politycznych, ponieważ warunki nie pozwalają, aby ludzie stali się świadomi własnego niezadowolenia. Jeśli chodzi o problem nadprodukcji, wpisany w ekonomię naszego społeczeństwa od czasu wynalezienia maszyn, rozwiązuje się go za pomocą techniki permanentnej wojny (zob. Rozdział 3), wspomagającej także utrzymywanie odpowiednich nastrojów społecznych. Z punktu widzenia naszych aktualnych władców jedynym niebezpieczeństwem byłoby wyodrębnienie się nowej grupy zdolnych, niedowartościowanych, żądnych władzy ludzi lub pojawienie się liberalizmu albo sceptycyzmu we własnych szeregach. Innymi słowy, problem dotyczy sfery edukacji. Polega na konieczności ciągłego kształtowania świadomości tak grupy rządzącej, jak i liczniejszej grupy wykonawczej, znajdującej się tuż pod tą pierwszą. Na świadomość mas wystarczy wpływać jedynie za pomocą bodźców negatywnych.

Rozumiejąc ten kontekst, każdy, kto jeszcze nie poznał struktury społecznej Oceanii, mógłby samodzielnie wydedukować jej kształt. Na szczycie piramidy zasiada Wielki Brat, który jest nieomylny i wszechmocny. Każdy sukces, każde osiągnięcie, każde zwycięstwo, każde odkrycie naukowe, wszelka wiedza, wszelka mądrość, wszelkie szczęście i cnota wypływają wprost z jego inspiracji i stanowią konsekwencje jego przywództwa. Nikt nigdy nie widział Wielkiego Brata — jest twarzą na bilbordach, głosem płynącym z teleekranów. Z dużą dozą pewności możemy założyć, że nigdy nie umrze; już teraz istnieją poważne wątpliwości co do daty jego narodzin. Wielki Brat to maska, którą Partia zakłada, żeby zaprezentować się światu. Jego rola polega na ogniskowaniu miłości, strachu i czci — emocji łatwiej odczuwalnych w stosunku do jednostki niż wobec organizacji. Bezpośrednio pod Wielkim Bratem znajduje się Partia Wewnętrzna, licząca sześć milionów członków, czyli nieco mniej niż dwa procent mieszkańców Oceanii. Kolejny poziom stanowi Partia Zewnętrzna. Jeśli Partię Wewnętrzną porównamy do mózgu państwa, to Partia Zewnętrzna byłaby jego dłońmi. Jeszcze niżej umiejscowieni zostali zwykli ludzie, których zwyczajowo określamy mianem „proli”. Stanowią oni mniej więcej 85% całej populacji. Nawiązując do zaproponowanej wcześniej klasyfikacji, prole tworzą warstwę najniższą, jako że zniewolone populacje okolic równika, ciągle przechodzące z rąk do rąk, nie stanowią stałego czy koniecznego elementu całej struktury.

W zasadzie przynależność do danej grupy nie jest dziedziczna. Dziecko dwojga rodziców, należących do Partii Wewnętrznej, nie staje się automatycznie jej członkiem. Obie gałęzie Partii przyjmują nowych działaczy na podstawie egzaminu, do którego przystępuje się w wieku szesnastu lat. Nie istnieje ani dyskryminacja rasowa, ani wyraźna przewaga jednej prowincji nad pozostałymi. Żydzi, Afrykanie czy stuprocentowo rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej pełnią najwyższe partyjne funkcje, przy czym administratorzy poszczególnych obszarów zawsze rekrutują się spośród miejscowej ludności. W żadnej części Oceanii jej obywatele nie mogą czuć się jak mieszkańcy kolonii, zarządzanej z odległego centrum. Oceania nie posiada stolicy, a miejsca pobytu oficjalnego przywódcy nikt nie zna. Poza tym, że powszechnie używanym językiem jest angielski, zaś językiem oficjalnym nowomowa, nie występuje zjawisko centralizacji. Władców Oceanii nie łączą więzy krwi, a jedynie wierność doktrynie. Faktem jest sztywny podział naszego społeczeństwa na warstwy, co sprawia, że na pierwszy rzut oka wydaje się, iż przynależność do każdej z nich jest dziedziczna. Mobilność jednostek pomiędzy warstwami jest o wiele mniejsza niż w kapitalizmie czy nawet w epoce przedindustrialnej. Zachodzi, co prawda, wymiana członków pomiędzy obiema gałęziami Partii, ale jej jedynym celem jest wydalenie zbyt słabych jednostek z szeregów Partii Wewnętrznej i zneutralizowanie ewentualnych protestów ambitniejszych członków Partii Zewnętrznej poprzez stworzenie im możliwości awansu. Dla przedstawicieli proletariatu wstęp w szeregi Partii jest ex definitione(82) niemożliwy. Najzdolniejsi, tacy, którzy potencjalnie mogą stać się zaczynem buntu, są po prostu identyfikowani przez myślopolicję i eliminowani. Jednak ten stan rzeczy nie musi trwać w niezmiennej formie i nie bazuje na ideologii. Partia nie stanowi klasy w dawnym rozumieniu tego słowa. Jej członkowie nie pragną przekazać przywództwa swoim dzieciom i gdyby nie dało się w inny sposób umieścić najzdolniejszych jednostek na szczycie piramidy władzy, Partia byłaby gotowa rekrutować nowe pokolenie członków z szeregów proletariatu. W kluczowym momencie fakt, że przynależność do Partii nie jest dziedziczna, pomógł zneutralizować opór. Socjaliści starego typu, przyzwyczajeni do zwalczania „przywileju klasowego”, zakładali, że co nie jest dziedziczne, nie może być trwałe. Nie rozumieli, że ciągłość oligarchii nie musi wynikać z więzów krwi, nie przychodziło im do głowy, że arystokracje rodowe przeważnie krótko sprawowały władzę, podczas gdy organizacje takie jak Kościół katolicki były w stanie przetrwać setki czy tysiące lat. Sednem oligarchii nie jest przekazywanie władzy z ojca na syna, lecz trwałość pewnego światopoglądu i sposobu życia, narzuconego żywym przez umarłych. Grupa sprawująca władzę egzekwuje ją wtedy, gdy może wyznaczyć swoich następców. Partii nie interesuje dziedzictwo krwi, lecz przetrwanie jej struktur. Nieważne, kto sprawuje władzę, o ile sama architektonika hierarchii pozostaje niezmieniona.

Wszystkie poglądy, upodobania, zwyczaje, emocje i mentalność, typowa dla naszych czasów, w istocie służą podtrzymaniu niemal nadprzyrodzonej władzy Partii i zaciemnieniu prawdziwego obrazu współczesnego społeczeństwa. Fizyczny bunt czy też jakiekolwiek działanie doń zmierzające nie jest dziś możliwe. Partia nie musi obawiać się proletariatu. Pozostawieni samym sobie, pokolenie za pokoleniem, stulecie po stuleciu, prole będą pracować, rozmnażać się i umierać, nie dość, że nie odczuwając żadnego impulsu do buntu, to nawet nie uświadamiając sobie, że życie mogłoby wyglądać inaczej. Staliby się niebezpieczni tylko wtedy, gdyby rozwój uprzemysłowienia wymusił podniesienie jakości ich edukacji; skoro jednak rywalizacja militarna i handlowa nie ma już znaczenia, ogólny poziom wykształcenia ulega sukcesywnemu pogorszeniu. Opinie mas ludzkich nie mają znaczenia. Proli można obdarzyć pełną wolnością intelektualną, ponieważ brak im intelektu. Za to opinie członków Partii muszą podlegać ścisłej kontroli, nie wolno tolerować odstępstwa nawet w najbardziej banalnych kwestiach.

Członek Partii od urodzenia aż do śmierci żyje pod okiem myślopolicji. Nawet w odosobnieniu nie może być pewien, że naprawdę jest sam. Gdziekolwiek się znajduje — śpi czy czuwa, pracuje czy odpoczywa, w wannie czy w łóżku — może zostać poddany kontroli bez ostrzeżenia, nie wiedząc, iż jest kontrolowany. Nic, co robi, nie jest neutralne. Jego przyjaźnie, rozrywki, zachowanie wobec żony i dzieci, wyraz twarzy, kiedy jest sam, słowa wypowiadane przez sen, a nawet jego sposób poruszania się podlegają skrupulatnej obserwacji. Nie tylko faktyczne wykroczenia, ale każde ekscentryczne zachowanie, nawet najdrobniejsze — każda zmiana nawyku, każdy tik nerwowy, mogący świadczyć o walce wewnętrznej, z całą pewnością zostanie odnotowany. Nie ma wolności wyboru w absolutnie żadnej sprawie. A jednocześnie nie funkcjonuje żaden czytelny kodeks, żadne pisane prawa, regulujące zachowanie członka Partii. W Oceanii nie istnieje coś takiego jak prawo. Myśli i czyny, które, jeśli zostaną wykryte, oznaczają pewną śmierć, nie są prawnie zabronione, a niekończące się czystki, aresztowania, tortury, więzienie i ewaporacje nie stanowią kary za faktycznie popełnione zbrodnie; są sposobem na usunięcie osób, które mogłyby w jakimś momencie w przyszłości popełnić zbrodnię. Od członka Partii wymaga się nie tylko poprawnych opinii, ale też prawidłowych odruchów. Wymaganych poglądów czy postaw przeważnie nie nazywa się po imieniu, bo to wiązałoby się z ujawnieniem niespójności, wpisanych w naturę angsocu. Jeśli ktoś jest osobą z natury ortodoksyjną (w nowomowie — dobromyślful), zawsze będzie wiedział, bez zastanowienia, jaki pogląd jest słuszny w danej sytuacji, jaka emocja wydaje się właściwa. Dzięki odbytemu w dzieciństwie wyrafinowanemu treningowi, bazującemu na słowach zaczerpnietych z nowomowy — takich jak zbrodniostop, czarnobiel, dwójmyślenie — człowiek nie jest zdolny do głębszej refleksji na żaden temat i nie ma na nią nawet ochoty.

Członek Partii nie może mieć żadnych osobistych emocji, musi natomiast stale tryskać entuzjazmem. Powinien bez ustanku ziać nienawiścią do wrogów zewnętrznych i wewnętrznych zdrajców, świętować zwycięstwa i kajać się przed siłą i mądrością Partii. Frustrację, wynikającą z nędznej, bezcelowej egzystencji, specjalnie kieruje się na zewnątrz, aby znalazła ujście podczas takich praktyk jak Dwie Minuty Nienawiści; rozważania, mogące wywołać wątpliwości czy bunt, uniemożliwia wpajana od wczesnych lat dyscyplina wewnętrzna. Pierwszy i podstawowy punkt, od którego rozpoczyna się dyscyplinowanie nawet najmłodszych dzieci, to zbrodniostop. Zbrodniostop oznacza umiejętność instynktownego zatrzymania się na progu niebezpiecznej myśli. W pojęciu tym zawiera się zdolność do niezauważania oczywistych analogii czy błędów logicznych oraz niezrozumienia najprostszej argumentacji, jeśli kłóci się ona z angsocem, a ponadto — do odczuwania braku zainteresowania lub wstrętu w stosunku do każdej myśli, mogącej potencjalnie prowadzić poza ortodoksję. W skrócie, zbrodniostop oznacza samozachowawczą głupotę. Ale głupota nie wystarczy. Przeciwnie, doskonała ortodoksja wymaga większej kontroli nad własnym umysłem, niż ta, jaką akrobata ma nad swoim ciałem. Społeczeństwo Oceanii ostatecznie zasadza się na wierze, iż Wielki Brat jest wszechmocny, a Partia — nieomylna. Ponieważ jednak w rzeczywistości Wielki Brat nie jest wszechmocny, a Partia nie jest nieomylna, konieczne staje się, praktykowane bez wytchnienia, elastyczne podejście do faktów. Tu klucz stanowi słowo czarnobiel. Jak wiele innych pojęć w nowomowie, to także posiada dwa przeciwstawne znaczenia. W odniesieniu do przeciwnika wskazuje na nawyk bezwstydnego twierdzenia, że czarne jest białe — wbrew oczywistym faktom. W przypadku członka Partii ten sam termin oznacza jednak lojalną gotowość, by utrzymywać, że czarne jest białe, jeśli wymaga tego partyjna dyscyplina. Oznacza to także zdolność uwierzenia, że czarne jest białe, a nawet więcej — wiedzę, iż czarne jest białe. Należy umieć zapomnieć, iż kiedykolwiek sądziło się inaczej. Wymaga to ciągłego modyfikowania przeszłości, co jest możliwe dzięki porządkowi myślowemu, obejmującemu w istocie całą resztę rzeczywistości, a w nowomowie określanemu jako dwójmyślenie.

Przeszłość wymaga modyfikacji z dwóch powodów, z których jeden posiada charakter podrzędny i, by tak rzec, prewencyjny. Otóż członkowie Partii, podobnie jak przedstawiciele proletariatu, tolerują obecne warunki życia po części dlatego, że nie mają skali porównawczej. A zatem konieczne jest nie tylko całkowite odcięcie ich od obcokrajowców, ale też od przeszłości. Tylko w warunkach takiej izolacji można wierzyć, że standard życia jest dzisiaj lepszy niż dawniej i że stale się poprawia. Jednak o wiele ważniejszy powód, dla którego zmienia się przeszłość, stanowi konieczność podtrzymania wiary w nieomylność Partii. Nie chodzi tylko o to, że wszelkie przemówienia, statystyki i dokumenty historyczne trzeba stale uaktualniać, żeby pokazać, iż przewidywania Partii zawsze się sprawdzają. Najważniejsze, by nigdy nie przyznawać się do żadnej modyfikacji w doktrynie czy korekty sojuszu politycznego. Zmiana zdania czy polityki oznacza przecież przyznanie się do słabości. Jeśli, dajmy na to, Eurazja lub Azja Wschodnia (nieważne która) jest dzisiaj wrogiem, to znaczy, że zawsze nim była. Jeśli fakty świadczą o czymś innym, to znaczy, że trzeba je zmodyfikować. Dlatego historię należy bez ustanku przepisywać. Falsyfikacja przeszłości, przeprowadzana dzień po dniu przez Ministerstwo Prawdy, jest tak samo niezbędna dla stabilności reżimu jak represje i szpiegowanie w wykonaniu aparatu Ministerstwa Miłości.

Zmienność przeszłości to podstawowy dogmat angsocu. Utrzymuje się, że dawne wydarzenia nie mają obiektywnego bytu, a trwają jedynie w dokumentach i w ludzkiej pamięci. O kształcie przeszłości decyduje zatem treść archiwalnych materiałów i wspomnień. A skoro Partia w pełni kontroluje treść wszystkich dokumentów, a także zawartość umysłów swoich członków, oznacza to, że przeszłość jest taka, jaką chce ją widzieć Partia. Co więcej, choć przeszłość pozostaje zmienna, nie da się wskazać żadnego przykładu dokonanej modyfikacji, bo kiedy historia zostanie odtworzona w takim kształcie, jaki jest aktualnie pożądany, ta nowa wersja po prostu staje się przeszłością — żadna inna przeszłość nie mogła nigdy istnieć. Zasada ta działa nawet wtedy, kiedy — jak często się zdarza — ten sam fakt podlega całkowitej przeróbce kilka razy w roku. Partia ma zawsze dostęp do prawdy absolutnej, a ta nie mogła przecież dawniej być inna niż obecnie. Jak wykażemy, kontrola przeszłości polega przede wszystkim na treningu pamięci. Dopilnowanie, żeby wszystkie dokumenty zgadzały się z obowiązującą ortodoksyjną wersją, jest zadaniem ściśle mechanicznym; dodatkowo jednak trzeba pamiętać, że zdarzenia przebiegały w taki, a nie inny sposób. Kiedy konieczne jest manipulowanie wspomnieniami czy fałszowanie dokumentów, potrzebna staje się także umiejętność zapominania, iż coś takiego miało miejsce. Można tę sztuczkę opanować jak każdą inną technikę mentalną. Większość członków Partii w istocie ją opanowuje, z pewnością zaś ci, którzy są zarazem inteligentni i ortodoksyjni. W staromowie nazwalibyśmy ten proces po prostu „kontrolowaniem rzeczywistości”; w nowomowie opisaną tu strategię określa się mianem dwójmyślenia, choć w tym pojęciu mieści się o wiele więcej.

Dwójmyślenie oznacza zdolność wyznawania dwóch sprzecznych ze sobą poglądów i wierzenia w oba jednocześnie. Partyjny intelektualista wie, kiedy musi zmodyfikować wspomnienia, zdaje sobie zatem sprawę, że przekręca rzeczywistość, jednak ćwicząc dwójmyślenie, wmawia sobie, że wszystkie fakty się zgadzają. Ten proces musi odbywać się świadomie, w przeciwnym wypadku brakowałoby mu precyzji, zarazem jednak musi być nieświadomy, inaczej powodowałby poczucie fałszu, a zatem i winy. Dwójmyślenie stanowi samo sedno angsocu, ponieważ działanie Partii polega zasadniczo na fałszowaniu rzeczywistości z takim zapałem i pewnością siebie, jakie zwykle cechują postępowanie kryształowo uczciwe. Kłamać z premedytacją, jednocześnie wierząc we własne kłamstwa, wyrzucać z pamięci wszelkie fakty, które stały się niewygodne, a następnie, kiedy pojawi się taka konieczność, wyciągać je z powrotem z zapomnienia na tak długo, jak potrzeba, zaprzeczać istnieniu obiektywnej rzeczywistości, a jednocześnie kierować się nią — to niezbędne umiejętności. Nawet używając słowa dwójmyślenie, trzeba stosować dwójmyślenie. Bowiem używając tego pojęcia, człowiek przyznaje się do manipulowania faktami, jednocześnie jednak, dzięki dwójmyśleniu, wypiera tę wiedzę, i tak bez końca; kłamstwo zawsze o krok wyprzedza prawdę. W gruncie rzeczy, to właśnie dzięki dwójmyśleniu Partii udało się zatrzymać bieg historii. Kto wie, czy nie na tysiąclecia.

Wszystkie dawne oligarchie straciły władzę dlatego, że stały się zbyt skostniałe, lub w następstwie przesadnej liberalizacji reżimu. Głupota i arogancja rządzących prowadziła niekiedy do utraty kontaktu ze zmieniającą się rzeczywistością, co skutkowało buntem poddanych; z kolei kiedy władcy stawali się miękcy i tchórzliwi, zaczynali ustępować w sytuacjach, w których należało użyć siły. W obu przypadkach kończyło się to ich obaleniem. Można zatem powiedzieć, że tracili władzę przez nadmiar świadomości albo przez jej brak. Wielkim sukcesem Partii jest stworzenie systemu myślowego, w którym oba te stany mogą istnieć jednocześnie. Żadna inna podstawa intelektualna nie zapewniłaby Partii trwałych rządów. Ktoś, kto ma rządzić wiecznie, musi być zdolny do przesuwania znaczeń w obrębie rzeczywistości, postrzeganej przez jego poddanych. Sekret władzy polega bowiem na połączeniu wiary we własną nieomylność z umiejętnością uczenia się na błędach.

Nie trzeba wyjaśniać, że najsubtelniej posługują się dwójmyśleniem ci, którzy je wymyślili i wiedzą, iż jest to w istocie potężny system intelektualnego oszustwa. W naszym społeczeństwie ludzie, którzy najlepiej zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje, są zarazem najdalsi od postrzegania świata takim, jaki jest. Z reguły im większe wtajemniczenie, tym większe omamienie, im ktoś jest inteligentniejszy, tym bardziej obłąkany. Najlepszy tego dowód stanowi fakt, że natężenie histerii wojennej wzrasta wraz pozycją zajmowaną w hierarchii społecznej. Najbardziej racjonalnie traktują wojnę mieszkańcy terytoriów spornych. Dla nich jest ona po prostu niekończącym się kataklizmem, przetaczającym się przez ich życie jak tsunami. Jest im kompletnie wszystko jedno, kto wygrywa. Zdają sobie sprawę, że zmiana panujących będzie oznaczała po prostu dalsze wykonywanie tej samej pracy dla nowych panów, przez których będą traktowani tak samo jak przez poprzednich. Robotnicy, znajdujący się w nieco lepszym położeniu, zwani przez nas „prolami”, tylko chwilami pamiętają, że toczy się wojna. W razie konieczności da się wywołać u nich wybuchy strachu czy nienawiści, ale pozostawieni samym sobie na długi czas zapominają o prowadzonych walkach. To w szeregach Partii, a w szczególności Partii Wewnętrznej, można natknąć się na prawdziwy wojenny entuzjazm. Ci, którzy wiedzą, że podbój świata jest niemożliwy, najbardziej weń wierzą. To szczególne połączenie przeciwieństw — wiedzy z ignorancją, cynizmu z fanatyzmem — stanowi jeden z najważniejszych wyróżników społeczeństwa Oceanii. Oficjalna ideologia zawiera mnóstwo sprzeczności, w tym takich, które nie mają żadnego uzasadnienia. I tak, Partia odrzuca i szkaluje wszystkie pierwotne idee ruchu socjalistycznego, ale robi to pod sztandarem socjalizmu. Głosi niespotykaną od wieków pogardę dla klasy robotniczej, a jednocześnie każe swoim członkom przywdziewać uniformy, wzorowane na dawnym ubiorze pracowników fizycznych. Systemowo podkopuje solidarność rodziny, a zarazem określa swojego przywódcę za pomocą terminu, odwołującego się do sentymentu rodzinnej lojalności. Również nazwy czterech ministerstw, które nami rządzą, odzwierciedlają bezczelność, z jaką celowo przekręca się fakty. Ministerstwo Pokoju zajmuje się wojną, Ministerstwo Prawdy — kłamstwem, Ministerstwo Miłości — torturami, Ministerstwo Dobrobytu — głodem. Sprzeczności te nie są przypadkowe, nie wynikają też ze zwykłej hipokryzji: stanowią świadome zastosowanie dwójmyślenia. Władzę da się trwale utrzymać tylko godząc te antynomie. W żaden inny sposób nie dałoby się przerwać prastarego cyklu historii. Jeśli warstwa, którą określiliśmy jako wyższą, ma zachować swoją pozycję na zawsze — jeśli możliwość równości między ludźmi ma zostać na dobre wykluczona — konieczne jest podtrzymywanie stanu kontrolowanego szaleństwa w całym społeczeństwie.

Pozostaje kwestia, którą dotąd właściwie ignorowaliśmy: dlaczego nie można pozwolić, aby ludzie stali się równi? Jeśli nasz opis całego mechanizmu jest zgodny z prawdą, to jaki jest cel tego potężnego, precyzyjnie rozplanowanego wysiłku, zmierzającego do zatrzymania historii?

Docieramy teraz do kluczowej tajemnicy. Jak zobaczyliśmy, siła oddziaływania Partii, a w szczególności Partii Wewnętrznej, opiera się na dwójmyśleniu. Ale źródłowa motywacja, ten nigdy niezakwestionowany instynkt, który doprowadził najpierw do przejęcia władzy, a potem do wynalezienia dwójmyślenia, utworzenia myślopolicji i wszystkich innych rekwizytów społecznych, leży głębiej. Podstawowa przyczyna…

Winston odnotował ciszę, jakby to był nowy dźwięk. Zdał sobie sprawę, że Julia nie poruszyła się od dłuższego czasu. Leżała na boku, naga od pasa w górę, z policzkiem złożonym na dłoni i ciemnym kosmykiem włosów zsuwającym się na oczy. Jej piersi unosiły się i opadały powoli i rytmicznie.

— Julio?

Brak odpowiedzi.

— Julio, czy ty śpisz?

Brak odpowiedzi. Spała. Zamknął książkę, odłożył ją ostrożnie na podłogę, opadł na łóżko i naciągnął kapę na siebie i dziewczynę.

Pomyślał, że nadal nie rozwikłał zasadniczej zagadki. Rozumiał jak, ale nie rozumiał dlaczego. Ani z rozdziału trzeciego, ani z pierwszego nie dowiedział się niczego, czego by sobie nie uzmysławiał wcześniej; usystematyzował jedynie posiadaną wiedzę. Po tej lekturze miał jednak większą niż wcześniej pewność, że nie oszalał. Bycie w mniejszości, gdyby nawet miała się ona składać z jednej osoby, nie implikowało, że jest się paranoikiem. Istniały prawda i kłamstwo; trzymanie się obiektywnej rzeczywistości, choćby na przekór całemu światu, nie było szaleństwem. Żółty promień zachodzącego słońca wpadł do środka, ukośnie przecinając poduszkę. Winston przymknął oczy. Słońce na twarzy i bliskość gładkiego ciała Julii napełniły go silnym, sennym spokojem. Jest bezpiecznie, wszystko w porządku. Zasnął, mamrocząc: „Jasność umysłu nie jest kwestią statystyki” i czując, że to spostrzeżenie zawiera w sobie głęboką mądrość.

65) Rumpelsztyk a. (niem.) Rumpelstiltskin) — tytuł baśni braci Grimm: Wilhelma Karla Grimma (1786–1859) i Jacoba Ludwiga Karla Grimma (1785–1863), opublikowanej po raz pierwszy w 1812 r., a także imię jej głównego bohatera, podstępnego krasnoluda, który szantażuje zrozpaczoną dziewczynę. [przypis edytorski] [powrót]

66) diatryba — przemowa lub utwór literacki, wyrażający sprzeciw albo krytykę. [przypis edytorski] [powrót]

67) wyższa, średnia i niższa — w oryginale wysoka, średnia i niska. Nazewnictwo wyższa, średnia i niższa, zaproponowane przez Williama Lloyda Warnera (1898–1970) w odniesieniu do klas społecznych, upowszechniło się w socjologii mniej więcej w tym samym czasie, kiedy George Orwell pisał Rok 1984. Wprowadzamy je w tłumaczeniu dla ułatwienia lektury Czytelnikowi oswojonemu ze współczesną terminologią naukową (sam Orwell w dalszych partiach tekstu posługuje się formami w stopniu wyższym). [przypis edytorski] [powrót]

68) żyroskop — urządzenie służące do pomiaru lub utrzymywania orientacji przestrzennej. [przypis edytorski] [powrót]

69) cieśnina Beringa — cieśnina pomiędzy Azją a Ameryką Północną. [przypis edytorski] [powrót]

70) Mandżuria — kraina historyczna w płn.-wsch. części dzisiejszych Chin. [przypis edytorski] [powrót]

71) Tybet — kraina historyczna w Azji, obecnie znajdująca się w większości w granicach Chin. [przypis edytorski] [powrót]

72) Tanger — miasto w płn. Maroku. [przypis edytorski] [powrót]

73) Brazzaville — największe miasto i stolica administracyjna oraz finansowa Konga. [przypis edytorski] [powrót]

74) Darwin — miasto w Australii, leżące na jej płn. wybrzeżu. [przypis edytorski] [powrót]

75) Hongkong — miasto i specjalny region administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej. [przypis edytorski] [powrót]

76) Kongo — rzeka w Afryce Równikowej, uchodząca do Oceanu Atlantyckiego. [przypis edytorski] [powrót]

77) Ren — jedna z najdłuższych rzek w Europie, tworząca granicę między Francją a Niemcami. [przypis edytorski] [powrót]

78) Wisła — najdłuższa polska rzeka (1047 km). [przypis edytorski] [powrót]

79) Persja — obecnie Iran, państwo na Bliskim Wschodzie. [przypis edytorski] [powrót]

80) Jawa — wyspa w płd.-wsch. Azji. [przypis edytorski] [powrót]

81) Cejlon — wyspa na Oceanie Indyjskim. [przypis edytorski] [powrót]

82) ex definitione (łac.) — z definicji. [przypis edytorski] [powrót]

10

Kiedy się obudził, miał wrażenie, że spał bardzo długo, ale rzut oka na staroświecki zegar wystarczył, żeby stwierdzić, że jest dopiero dwudziesta trzydzieści. Drzemał jeszcze przez chwilę, dopóki z podwórka nie dobiegł znajomy, głośny śpiew:

To był tylko sen
I przeminął jak kwietniowy dzień,
Ale ten wzrok i te słowa
Wciąż w mym sercu chowam!

Najwyraźniej kiczowaty przebój nadal cieszył się popularnością. Słyszało się go w całym mieście, wygrał nawet z Pieśnią Nienawiści. Śpiew obudził Julię. Przeciągnęła się zmysłowo i wstała z łóżka.

— Jestem głodna — powiedziała. — Zróbmy więcej kawy. Cholera! Zgasło pod kuchenką i woda ostygła. — Podniosła ją i potrząsnęła. — Zabrakło nafty.

— Możemy chyba pożyczyć od pana Charringtona.

— Dziwne, sprawdzałam i wydawało mi się, że jest pełna. Ubiorę się — dodała — ochłodziło się chyba.

Winston także wstał i włożył uniform. Niestrudzony głos śpiewał dalej:

Mówią, że czas wszystko leczy,
Że wszystko przyjdzie zapomnieć,
Lecz lata uśmiechów i łez
W mych uszach będą trwać wiecznie!

Zapinając pasek kombinezonu, podszedł do okna. Słońce skryło się za budynkami, nie oświetlało już podwórka. Bruk był mokry, jakby dopiero co polany wodą, a Winston miał wrażenie, że również niebo zostało umyte, tak jasny i czysty zdawał się błękit między kominami. Kobieta niestrudzenie kursowała tam i z powrotem, wieszając na sznurze stertę mokrych pieluch i wybuchając śpiewem, kiedy tylko jej usta nie były zatkane klamerkami. Winston zastanawiał się, czy pranie stanowiło jej pracę zarobkową czy tylko obsługiwała, jak niewolnica, dwadzieścioro lub trzydzieścioro wnucząt. Julia podeszła do niego i razem, z dziwnym zafascynowaniem, spoglądali na krzepką postać w dole. Kiedy kobieta przybrała swoją typową pozę, wyciągając grube ramiona w górę do sznura i wypinając potężne jak u klaczy pośladki, Winston po raz pierwszy uświadomił sobie, że jest piękna. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że ciało pięćdziesięcioletniej kobiety, rozdęte do monstrualnych rozmiarów przez macierzyństwo, a następnie stwardniałe i zgrubiałe od ciężkiej pracy, kostropate jak przejrzała rzepa, może być piękne. Ale takie było — niby dlaczego nie? Masywny, bezkształtny korpus, przypominający kawał granitu, o chropowatej, czerwonej skórze tak się miał do dziewczęcego ciała jak owoc dzikiej róży do jej kwiatu. Czemu owoc miałby być gorszy?

— Jest piękna — wyszeptał.

— Ma tyłek jak szafa — powiedziała Julia.

— Taki jej urok.

Objął ramieniem szczupłą talię dziewczyny. Jej biodro i udo przylegały do jego boku. Ich ciała nie spłodzą nigdy dziecka. Nie ma takiej możliwości. Swój sekret mogli przekazać dalej tylko za pomocą słów, z umysłu do umysłu. Kobieta w dole nie myślała, miała za to silne ramiona, gorące serce i płodne ciało. Zastanawiał się, ile urodziła dzieci. Z piętnaścioro? Kwitła pewnie krótko, może rok, jak dzika róża, po czym szybko spuchła niczym zapłodniony owoc, stwardniała, poczerwieniała, stała się szorstka, a jej życie polegało odtąd na praniu, szorowaniu, cerowaniu, gotowaniu, zamiataniu, polerowaniu, naprawianiu, jeszcze raz szorowaniu i praniu — najpierw dla dzieci, potem dla wnuków, i tak przez trzydzieści lat. A mimo to nadal śpiewała. Niemal mistyczny podziw, który wobec niej odczuwał, mieszał się z obrazem osobliwie bladego, bezchmurnego nieba, rozciągającego się ponad kominami w nieskończoność. Ze zdziwieniem pomyślał, że niebo jest wspólne dla wszystkich — w Eurazji, Azji Wschodniej i tu. I ludzie pod tym niebem wszędzie do siebie podobni, na całym globie, setki tysięcy milionów ludzi. Tak samo nieświadomi nawzajem swojego istnienia, porozdzielani murami, nienawiścią, kłamstwami; wszyscy byli niemal identyczni, nie nauczyli się myśleć, ale w sercach, trzewiach i mięśniach magazynowali siłę, która pewnego dnia wstrząśnie światem. Jeśli istniała nadzieja, to w prolach! Choć nie przeczytał jeszcze książki do końca, spodziewał się, że takie musi być ostateczne przesłanie Goldsteina. Przyszłość należała do proli. Czy mógł jednak oczekiwać, że kiedy nadejdzie ich kolej, świat, który stworzą, będzie jemu, Winstonowi Smithowi, bliższy niż świat Partii? Tak, bo przynajmniej nie będzie to świat obłąkany. Tam, gdzie panuje równość, możliwy jest również trzeźwy ogląd rzeczywistości. Prędzej czy później to się wydarzy. Siła przerodzi się w świadomość. Prole byli nieśmiertelni, nie można było mieć co do tego wątpliwości, patrząc na tę dzielną postać w dole na podwórku. Ich przebudzenie w końcu nadejdzie. A do tego momentu, choćby miał nastąpić za tysiąc lat, wbrew wszelkim przeciwnościom losu pozostaną żywi jak ptaki, przekazując z ciała do ciała witalność, której Partia nie posiadała i której nie mogła zabić.

–- Pamiętasz — zapytał — tego drozda, który śpiewał dla nas tamtego pierwszego dnia na skraju lasu?

— Nie śpiewał dla nas — powiedziała Julia. — Śpiewał dla własnej przyjemności. Nie, to też nie. Po prostu śpiewał.

Ptaki śpiewały, prole śpiewali, Partia nie śpiewała. Jak świat długi i szeroki, w Londynie i w Nowym Jorku, w Afryce i w Brazylii, a także w tajemniczych, zakazanych krainach za granicami, na ulicach Paryża i Berlina, w wioskach na bezkresnych rosyjskich równinach, na chińskich i japońskich bazarach — wszędzie trwała ta sama masywna, niepokonana postać, wyniszczona przez pracę i porody, przez całe życie harująca bez wytchnienia, a mimo to rozśpiewana. Pewnego dnia z jej potężnych lędźwi narodzi się nowe, świadome pokolenie. Winston czuł, że zalicza się do umarłych, przyszłość należała do potomstwa tej kobiety. Ale czuł także, że on i Julia będą mieli swój udział w tej przyszłości — o ile przekażą dalej tajemną doktrynę, że dwa plus dwa równa się cztery.

— Jesteśmy martwi — powiedział Winston.

— Jesteśmy martwi — powtórzyła Julia posłusznie.

— Jesteście martwi — oznajmił żelazny głos za nimi.

Odskoczyli od siebie. Winston poczuł dojmujący chłód w trzewiach. Dostrzegł białka przerażonych oczu Julii. Jej twarz zrobiła się mlecznożółta. Resztki różu odcinały się od policzków, jakby kolor oddzielił się od skóry.

— Jesteście martwi — powtórzył żelazny głos.

— Dochodzi zza obrazu — wyszeptała Julia.

— Dochodzi zza obrazu — powtórzył głos. — Pozostańcie na swoich miejscach. Żadnych ruchów bez rozkazu.

Zaczynało się, to się już zaczynało! Nic nie mogli zrobić, tylko stać w miejscu i patrzeć sobie w oczy. Uciekać, wybiec z domu, zanim będzie za późno — podobne myśli nawet nie przychodziły im do głowy. Nie posłuchać żelaznego głosu ze ściany — to było nie do pomyślenia. Rozległ się trzask, jakby coś odczepiano, a następnie brzęk tłuczonego szkła. Obraz spadł na podłogę, ukazując ukryty za nim teleekran.

— Teraz mogą nas widzieć — powiedziała Julia.

— Teraz możemy was widzieć — powtórzył głos. — Stańcie na środku pomieszczenia. Plecami do siebie. Ręce za głowę. Nie dotykać się.

Nie dotykali się, a mimo to Winston czuł, że ciało Julii dygocze. A może to on się trząsł. Udawało mu się powstrzymać szczękanie zębów, nie miał jednak kontroli nad kolanami. W dole rozległo się tupanie buciorów, w środku i na zewnątrz. Na podwórku roiło się od ludzi. Ciągnięto coś po bruku. Śpiew kobiety urwał się raptownie. Rozległ się głośny, wibrujący brzęk, jakby balią rzucono o bruk, potem jakieś gniewne wrzaski i wreszcie głośny krzyk bólu.

— Budynek jest otoczony — powiedział Winston.

— Budynek jest otoczony — powtórzył głos.

Usłyszał, jak Julia szczęka zębami.

— Przypuszczam, że możemy się pożegnać — powiedziała.

— Możecie się pożegnać — powtórzyło echo z teleekranu. A potem zupełnie inny głos, wysoki i kulturalny, który wydał się Winstonowi znajomy, dodał:

— A skoro już przy tym jesteśmy: „To jest świeca, która świeci smutnie, oto tasak, co ci głowę utnie”.

Za plecami Winstona coś spadło na łóżko. To drabina, wetknięta przez okno, wyważyła ramę. Ktoś się po niej wdrapywał. Tupot nóg na schodach. Pokój zapełnił się olbrzymimi, uzbrojonymi w pałki mężczyznami w czarnych uniformach i buciorach podkutych żelazem.

Winston przestał dygotać. Nie poruszał nawet oczami. Liczyło się tylko jedno: nie drgnąć, nie dać im pretekstu do bicia! Mężczyzna o gładkiej twarzy zawodowego zapaśnika, w której usta były tylko cienką kreską, zatrzymał się naprzeciwko Winstona, z namysłem dzierżąc pałkę między kciukiem a palcem wskazującym. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Trzymając dłonie za głową, z twarzą i ciałem odsłoniętym na ciosy, Winston czuł się potwornie bezbronny. Mężczyzna wystawił czubek białego języka, oblizał nieistniejące wargi i odszedł. Rozległ się kolejny huk. Ktoś podniósł ze stolika szklany przycisk do papieru i roztrzaskał go o płytę kominka.

Fragment koralowca — mały, różowy, pofałdowany — podobny do cukrowej różyczki z tortu, poturlał się po dywanie. Jaki maleńki, pomyślał Winston, jaki był zawsze maleńki! Usłyszał zza pleców głośne westchnięcie i łoskot, po czym coś uderzyło go w kostkę tak mocno, że omal nie stracił równowagi. Jeden z mężczyzn wymierzył Julii cios pięścią wprost w splot słoneczny; złożyła się jak suwmiarka i padła na ziemię. Wiła się po podłodze, walcząc o oddech. Winston nie ośmielił się ruszyć głową nawet o milimetr, lecz momentami kątem oka widział bladą twarz Julii i jej otwarte usta. Choć paraliżował go strach, czuł jej ból we własnym ciele, straszny ból, ale nie tak straszny jak potrzeba zaczerpnięcia powietrza. Wiedział, jak to jest — potworne cierpienie, przez cały czas obecne, którego się jednak na razie nie doświadcza, bo najpierw trzeba móc oddychać. Następnie dwóch mężczyzn złapało ją za ręce i nogi i wyniosło z pomieszczenia jak worek. Winston zarejestrował jej odwróconą twarz, żółtą, wykrzywioną, o zamkniętych oczach, wciąż jeszcze ze śladami różu na policzkach; widział ją wtedy ostatni raz.

Stał zupełnie nieruchomo. Nikt go jeszcze nie uderzył. Przepływały mu przez głowę różne myśli, niekoniecznie ważne. Zadawał sobie pytanie, czy dorwali pana Charringtona. Zastanawiał się, co zrobili z prolką z podwórka. Zdał sobie sprawę, że pilnie potrzebuje oddać mocz, co go zaskoczyło, bo zrobił to dwie czy trzy godziny wcześniej. Zauważył, że zegar na kominku wskazuje dziewiątą, czyli dwudziestą pierwszą. Ale było zbyt jasno. Czy w sierpniowy wieczór o dwudziestej pierwszej nie powinno się ściemniać? Przyszło mu do głowy, że może pomylili z Julią godziny, może przespali całą noc i wydawało im się, że jest dwudziesta trzydzieści, podczas gdy naprawdę była ósma trzydzieści rano. Nie analizował tego dalej. Nie miało to żadnego znaczenia.

Z korytarza dobiegły inne, nieco lżejsze kroki, po czym w pokoju zmaterializował się pan Charrington. Zachowanie mężczyzn w czarnych uniformach raptownie stało się bardziej uniżone. Coś zmieniło się także w wyglądzie pana Charringtona. Jego wzrok padł na fragmenty potłuczonego przycisku.

— Pozbierać to — powiedział ostro.

Jeden z osiłków pochylił się, żeby to zrobić. Znikł charakterystyczny akcent, a Winston zdał sobie sprawę, czyj głos usłyszał parę chwil wcześniej z teleekranu. Pan Charrington nadal miał na sobie starą, aksamitną marynarkę, ale jego włosy, wcześniej całkiem siwe, były teraz czarne. Nie nosił też okularów. Rzucił Winstonowi pojedyncze spojrzenie, jakby sprawdzał jego tożsamość, potem już nie zwracał na niego uwagi. Dało się w nim rozpoznać starego sklepikarza, w sumie jednak był zupełnie innym człowiekiem, wyprostowanym i jakby wyższym. Na twarzy uwidoczniły się tylko drobne zmiany, które jednak składały się na całkowite przeobrażenie. Czarne brwi nie były już krzaczaste, znikły zmarszczki, rysy uległy metamorfozie, nos sprawiał wrażenie krótszego. Była to czujna, lodowata twarz mężczyzny mniej więcej trzydziestopięcioletniego. Do Winstona dotarło, że oto pierwszy raz świadomie spogląda w twarz agenta myślopolicji.

George Orwell, „Rok 1984”, tłum. Julia Fiedorczuk, przypisy redakcji Wolnych Lektur.
Książka pochodzi z serwisu Wolne Lektury (Fundacja Wolne Lektury, 2023, ISBN 978-83-288-7049-9). Przekład i przypisy są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3; na tej samej licencji udostępniamy tę wersję.
Zmiany: tekst podzielono na stronę wstępu, trzy części i aneks, przypisy przeniesiono na koniec rozdziałów, pominięto oznaczenia motywów literackich i numerację akapitów.
Wolne Lektury


„Rok 1984”: [Spis treści] [Od tłumaczki] [Część I] [Część II] [Część III] [Aneks]

Library [Eng] [Rus] > Novels [Eng] [Rus] ~ [CSS off]

[orwell.ru] [Home] [Biography] [Library] [A Life] [Info & (c)] [Links] [Site map] [Search] [Feedback]

© 1999-2026 O. Dag – ¡C. date: 2026-11-03 & L. mod.: 2026-11-03!